version_button
| rejestracja | przypomnienie hasła en pl
login: hasło:

forumpodróżeHaiti:

robbi89 użytkownik robbi89(wpisów:3) dodano 24.12.2013 07:07

Ze strony:
http://pkruze.blogspot.com/2013/12/sladami-niebieskookich-murzynow.html


Wpis antropologiczno-historyczno-kulinarny

Siedemdziesiąt kilometrów na północ od Port-au-Prince położona jest niewielka miejscowość Cazale. Otaczają ja trudno dostępne i prawie całkowicie pozbawione drzew góry. Do wioski prowadzi tylko jedna polna i pełna dziur droga, która jest jednocześnie oknem na świat dla lokalnych mieszkańców. Tubylcy bardzo cieszą się z wybudowanych niedawno mostów, dzięki którym nie trzeba już szukać brodów, aby kilkukrotnie pokonać pobliską rzekę. Razem z Kevinem jedziemy do tego miasteczka na motocyklu prowadzonym przez chłopaka mówiącego po hiszpańsku, pełniącego także funkcję tłumacza i przewodnika. Mijamy mieszkańców jadących konno, na osłach czy w pięć osób na motorze. Dzieci w okolicznych wioskach na nasz widok wybiegają z domów krzycząc: Blan, blan! co znaczy Biały, biały! Pozdrawiamy wszystkich i po blisko 40 min jazdy po wertepach jesteśmy u celu. Nasza wycieczka ma wybitnie etnograficzny charakter. Sprawia nam ogromną radość widok wieśniaków o kawowym odcieniu skóry, zarezerwowanym tylko dla mulackiej elity z "stolycy". Z uśmiechniętych i radosnych twarzy o różnych karnacjach, spoglądają na nas roześmiane oczy, nierzadko o błękitnym czy szafirowym kolorze. Rundka dookoła, na przywitanie machamy delikatnie do wszystkich, oni nam niemrawo odmachują się; wtedy my pełni już odwagi machamy ile sił w rękach, a Haitańczycy patrząc na siebie nawzajem zastanawiają się, po co ci biali kretyni tutaj przyjechali. My już jesteśmy szczęśliwi że udało nam się zobaczyć ten antropologiczny „cud” na wyspie. To właśnie nasi rodacy „odpowiedzialni” są za odmienność Cazale.

Wszystko pięknie tylko, co Polacy robili na zabitej dechami haitańskiej wsi? Dalej już wyjechać się nie dało? Poza tym, kto normalny emigruję na tę wyspę? Życiorysy Polaków związanych z Haiti okazują ą się być niezwykle ciekawe i jednocześnie mało znane. Na postawie wielu z nich można by nakręcić niejeden hollywodzki film. Kiedy w 1789 wybuchła Wielka Rewolucja Francuska, świat obiegło hasło: Wolność, Równość, Braterstwo. Jej przywódcy zakazali niewolnictwa, ale plantatorzy w koloniach wcale nie zamierzali być posłuszni wobec nowego prawa. Nie wyzwolili swoich Murzynów, którzy chwycili za broń. W najbogatszej francuskiej kolonii wybuchło powstanie, które stało się solą w oku kolejnych rządów w Paryżu . W 1802 roku Napoleon wysłał korpus ekspedycyjny pod dowództwem swojego szwagra gen. Leclerca, który skutecznie zdławił powstanie. Wraz z nim na wyspę dotarł także pierwszy Polak, generał Władysław Jabłonowski zwany Murzynkiem, owoc romansu arystokratki z czarnym lokajem; kolega szkolny Napoleona, weteran insurekcji kościuszkowskiej oraz Legii Naddunajskiej Obaj oficerowie zmarli jeszcze w tym samym roku. Następni francuscy dowódcy wprowadzili rządy silnej ręki surowo karząc Murzynów biorących udział w rebelii. Ci z kolei przy wsparciu Wielkiej Brytanii i Hiszpanii ponownie chwycili za broń. W międzyczasie Napoleon wysłał do pacyfikacji San Domingo ok. 5000 polskich legionistów, którzy po skończonej wojnie we Włoszech stali się bezużyteczni w Europie. Nadawali się za to świetnie na francuskie mięso armatnie. Jak wiadomo najkrótsza droga z Italii do Polski biegnie przez Antyle. Początkowo nasi rodacy cieszyli się z nowej wyprawy. Karaiby wydawały im się ciekawym i egzotycznym miejscem, a czarne wojska nie budziły strachu wiarusów, którzy już w niejednym kraju proch wąchali. Nie słyszeli za wiele o tropikalnych chorobach, zwłaszcza o żółtej febrze, które od razu zaczęły dziesiątkować Europejczyków. Walki były bardzo zacięte i prowadzone w wyjątkowo okrutny sposób. Jak głosi legenda Polacy mieli okazywać współczucie i solidaryzować się z walczącymi o wolność niewolnikami, którzy z kolei mieli darować życie polskim jeńcom, w przeciwieństwie do Francuzów, którzy schwytani byli mordowani na miejscu..

Niewielu Polakom udało się powrócić do domu w jednym kawałku z tej„haitańskiej przygody”. Im wyższa ranga, tym większe były szanse na przetrwanie. Szacuje się, że kampania na San Domingo przeżyło ok. 150 z 260 wysłanych oficerów. Żaden z nich nie osiedlił się po skończonej kampanii na Haiti. Kilku z nich jak kpt. Blumer, kpt. Kobylański, czy por. Lux zostali piratami i przez kilka następnych lat bogacili się na lokalnych morzach. Oczywiście, ku chwale zniewolonej Ojczyzny. Pierwszy z nich grasował głównie w okolicach Kuby, dopóki nie został zanim wysłany angielski pościg. Żołnierze lądowi mieli małe szanse w otwartym starciu z jednostką Royal Navy, mimo tego kpt. Blumer stanął do walki, która o włos nie skończyła się dla niego tragicznie. Na ciężko uszkodzonym okręcie udało się Polakom dotrzeć na Florydę, gdzie załoga chciała założyć kolonią i wybrać na „króla” swojego dowódcę. Ten jednak stanowczo odmówił i po kilku miesiącach, które minęły na naprawie uszkodzeń wrócił ze swoim podwładnymi do Europy. Wstąpił do wojsk Księstwa Warszawskiego. W czasie kampanii rosyjskiej wyróżnił się w bitwie pod Tarutino, gdzie otoczony przez kilkaktornie silniejsze wojska rosyjskie skutecznie uratował z okrążenia swoich kilkuset żołnierzy. Jego niezwykły życiorys i odwagę docenił sam car Aleksander I. Ignacy Blumer, pirat, awanturnik, niedoszły król Florydy dzielny i odważny oficer, już jako generał został zabity przez swoich rodaków w Noc Listopadową.

Szeregowi nie mieli tyle szczęścia, co ich dowódcy. Przeżyło ich znacznie mniej. Zaledwie 200 zdołało wrócić do Europy po przegranej kampanii. Kolejni rozpoczęli wędrówkę po świecie:200 osiadło na Kubie, 500 zostało wcielonych do angielskich szeregów, wreszcie około 400 jeńców i dezerterów pozostało w kraju, który pacyfikowali przez kilkanaście miesięcy. Osiedlenie się Polaków na Haiti było dość znacznym wydarzeniem dla lokalnej społeczności. Z inicjatywy pierwszego cesarza Haiti Jakuba I Dessalines w pierwszej konstytucji Haiti zapisano:

art. 12
Żadne Biały jakakolwiek byłaby jego nacja nie będzie mógł postawić nogi na terytorium Haiti jako pan albo właściciel

art. 13
Poprzedni artykuł nie będzie stosowany zarówno do białych kobiet, które są naturalizowane przez rząd, jak i dzieci przez nie urodzonych. Ponadto są objęci w mocy tego artykułu Niemcy i Polacy naturalizowani przez rząd.

Ci prości żołnierze mieli zamieszkać w kilku grupach na Haiti, najwięcej z nich w okolicy górskiej wioski Cazale. Przez ponad 150 lat mało kto o nich pamiętał i nikt się nimi nie interesował. W latach dwudziestych XX wieku potomków Polaków spotkał Faustin Wirkus, amerykański sierżant marines polskiego pochodzenia. Amerykanie wysłali go na wyspę Gonave, gdzie tubylcy uznali go za reinkarnację byłego cesarza Haiti i wybrali na swojego króla Faustyna II. Polonusowi bardzo to rządzenie przypadło to gustu. Jako władca miał oczywiście swój prywatny harem, którego ozdobą były Mulatki o niebieskich jak morze oczach i gorących ciałach, w ktorych żyłach płynęła polska krew. Przygoda amerykańskiego wojaka prawie skończyła się skandalem dyplomatycznym, a sam Wirkus musiał wrócić do USA, gdzie zdobył majątek spisując swoje wspomnienia.

Później trafiło do Cazale kilku polskich dziennikarzy, którzy nakręcili filmy dokumentalne i napisali kilka reportaży o jego mieszkańcach. Władzę przypomniały sobie o ich polskim pochodzeniu w czasie kilkugodzinnej wizyty Jana Pawła II na Haiti w 1983. Mieszkańców Cazale ubrano odświętnie i zgromadzono w honorowym sektorze na lotnisku w Port-au-Prince razem z elitą ze stolicy. Teraz już coraz bardziej przywykli do białych gości, którzy od czasu do czasu zaglądają do ich wioski.

Objechaliśmy wioskę i zastanawiamy się co dalej. Zaczynamy od zakupu coli i rumu w pobliskim barze. Kilku mężczyzn bacznie nas obserwuje, wdajemy się w rozmowę. Nie reagują jakoś szczególnie, kiedy mówię im, że jestem z Polski. Wspominają dziennikarzy, który ostatnio odwiedzili to miejsce. Są dla nas bardzo przyjaźni i chętnie opowiadają o swoim życiu tutaj. Pracują w polu i mają godzinną przerwę. Nie chcą, aby robić im jakiekolwiek zdjęcia. Kiedy rum się skończył kierujemy się do kościoła mając może nadzieję, że tam uda się znaleźć się jakieś namacalne dowody na związki z Polską. Jednak nie odnajdujemy małej, starej świątyni o długiej historii, ale nowoczesny przestronny budynek. Poprzedni został zniszczony przez powódź blisko 20 lat temu. Zwracamy uwagę sympatycznego kościelnego, który wyszedł nas przywitać i poszedł po księdza proboszcza, który bardzo chętnie oprowadził nas po kościele i plebanii. Odwiedziliśmy także niewielką kaplicę, w której znajduje się obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Została ona ufundowana przez najwybitniejszą mieszkankę Cazale, Geri Benoit, byłą pierwszą damę a obecnie ambasador Haiti we Włoszech. Jej rodzinny dom położony jest naprzeciwko kościoła przy placu Jana Pawła II. Część jej rodziny nosiła nazwiska Belno, które uważane jest za polskie. Czy pochodziło od Belnowski, czy od Wilno jest dzisiaj teraz bardzo trudno ustalić.
Po wizycie kierujemy się na cmentarz. Z niewielką nadzieją szukamy wśród grobowców nazwiska kończącego się na –ski. Trudno przypuszczać, żeby takie zachowały się wśród prostych chłopów, bardzo często analfabetów. Po drodze mijamy trójkę dzieci o różnych odcieniach skory jasnych dzieci i ich dużo ciemniejszą mamę, która mówi, że wszystkie mają jednego ojca, a karnację zawdzięczają każdemu z dziadków. Jeszcze tylko ponowna wizyta w barze, kolejne rozmowy przy rumie, wreszcie udaje zrobić mi się kilka zdjęć. Zaczyna robić się późno, a my musimy jeszcze coś zjeść i wrócić do stolicy.

Nasz kierowca sugeruje, abyśmy na obiad spróbowali lokalnego przysmaku jakim jest konina. Zjeżdżamy z gór, prosto nad morskie wybrzeże pełne ryżowych pól. Tam w jeszcze mniejszej wsi siadamy i czekamy na obiad. Otaczają na pola ryżowe. Ludzie mieszkają tu w bardzo prostych chatkach, bez prądu i bieżącej wody. W ciągu kilkunastu minut pojawia się wokół nas kilkanaście osób dorosłych i tyle samo dzieci. Przyjaźni uparcie obserwują, jak z Kevinem wytrwale żujemy końskie mięso. Twarde i żylaste w ogóle mi nie smakuje, ale mając ponad dwudziestu świadków zajadam się z uśmiechem i nie zaprzątać głowy myślami o panującej cholerze. Po posiłku robię trochę zdjęć, tutaj mieszkańcy pozują do nich dużo bardziej ochoczo. Wreszcie wyjeżdżamy i z tej wioski. Wdzięczni naszemu kierowcy łapiemy autobus i wracamy do stolicy już po zmroku. Niewątpliwie nie był to zwykły dzień, na naszych oczach mogliśmy ujrzeć ślad historii i jakie ona wywarła piętno na lokalnej społeczności.

Piotrek

robbi89 użytkownik robbi89(wpisów:3) dodano 22.12.2013 03:51

Ze strony:
http://pkruze.blogspot.com

Stłuczki

Kevin jest moim rówieśnikiem, który dorastał w Nowym Jorku. W czasie EURO 2012 autostopem zwiedził Polskę, Ukrainę, Mołdawię, Rumunię i Naddniestrze. Mimo tego, że został pobity pod kolumną Zygmunta nie zraził się do naszego kraju. W czasie rozmowy regularnie wtrąca polskie słowa. Od trzech miesięcy pracuję w Port-au-Prince. Po godzinie znajomości pada pytanie o moje plany na kolejne dni. Mówię, że chciałbym odwiedzić wioskę Cazale i poszukać tam polskich śladów. Nie muszę nawet go namawiać, żeby pojechał ze mną. Od razu podchwycił temat i w czasie jazdy samochodem zaczynamy planować wycieczkę. Trochę za bardzo się tym ekscytuje i nie zbyt dokładnie skupia się na drodzę. W Port-au-Prince drogowskazy to rzadkość. Łatwo jest się zgubić, inni kierowcy jeżdzą jak chcą, piesi ospale przechodzą przez jezdnie. Do tego w piątek wieczór dużo pijanych włóczy się po ulicach. Nagle z przeciwległej strony samochód gwałtownie skręca prostu na nas. Kevin hamuje i ucieka na prawo. Trochę za bardzo, bo prawym lusterkiem zahacza o ramię jednej dziewczyny. Nawet się nie zatrzymuje, tylko wciska gaz. Pech chciał, że pakujemy się w drogę jednokierunkową. Trzeba zawrócić. A co będzie gdy za zakrętem wjedziemy w tłum wściekłych Haitańczyków, którzy będą chcieli rozszarpać dwóch Białych na strzępy? Pocieszam się, że zaczną od masakry mojego nowego amerykańskiego przyjaciela, a mi w między czasie uda się niepostrzeżenie się oddalić. Oczywiście, aby wezwać pomoc. Na szczęście znaleźliśmy boczną uliczkę i w jednym kawałku wydostaliśmy się stamtąd. Pocieszamy się, że nic wielkiego tej dziewczynie nie mogło się stać. Jechaliśmy jakieś 30km/h, skończy się pewnie na bolesnym siniaku, nic więcej. Zastanawiam się tylko, co nas wkrótce czeka. Po złym uczynku zawsze przychodzi kara.

Następnego dnia wieczorem jedziemy na imprezę. Mieliśmy bardzo udany dzień, poza tym jest sobotni wieczór. Wsiadamy do samochodu, podjeżdżamy do sklepu, kupujemy trochę rumu i ruszamy do znajomych. Chyba pierwszy raz od dwóch miesięcy zapiąłem pasy. Kevin zawraca, ja tylko słyszę klakson, odwracam głowę i widzę samochód jadący prosto na mnie.

- Kevin, on nie wyhamuje!
Jedyną szansą jest ucieczka autem na chodnik do przodu. Niestety z nerwów mój amerykański przyjaciel przypadkiem wrzuca wsteczny i jeszcze bardziej wyjeżdża pod maskę nadjeżdżającego pojazdu. Trzask. Tyle dobrego, że uderzył w nasz tył, a nie drzwi pasażera. Zwłaszcza dlatego, że to ja byłem zaraz za tymi drzwiami. Na mojej własnej liście wymarzonej śmierci, ta w wypadku samochodowym nie jest sklasyfikowana najwyżej. Przecież nie jest to ani chwalebne ani bohaterskie, jeszcze z winy kierowcy twojego samochodu. Wiedziałem, że zostaniemy ukarani. Tylko czemu ja? Przecież to nie moja wina. Ja nic złego nie zrobiłem. Pół minuty później wokół naszego auta było już dwudziestu wrzeszczących Murzynów. Wcale im się nie dziwię. Wymusiliśmy pierwszeństwo, ewidentnie nasza wina. Jak tu teraz uspokoić sytuację. Kevin otwiera okno i od razu ktoś go łapię za rękę. Staram się go nakłonić, aby jednak się zatrzymał. Tym razem wcale nie mam ochoty uciekać z kilku powodów:

- to na pewno ich nie poprawi sytuacji, jak nas dogonią to będą jeszcze bardziej wściekli
- jesteśmy w bardzo niedogodnej sytuacji, aby uciekać. Nas samochód obróciło pod prąd. Przed nami stoją zaparkowane samochody, obok stworzył się korek. Sytuacja dość kiepska.
- jeszcze nigdy nie widziałem linczu na żywo, może uda się mi ich przekonać, że ja jestem niewinny, a Kevin chwalebnie polegnie za nas obu. Dyskretnie nakręciłbym filmik telefonem, wrzucił na youtube i może miałby milion wyświetleń.

Z sercem w przełyku otwieram drzwi i wychodzę z na ulicę, gdzieś na przedmieściach miasta. Do stojących tubylców rzucam mechanicznie lokalne powitanie –bonjou, a w myślach odmawiam jednocześnie wszystkie znane mi litanie i różaniec, starając się przypomnieć, który święty jest patronem linczowanych. Na mnie jednak mało kto zwraca uwagę, a wszyscy patrzą na Kevin, który poza powitaniem stara się wykrztusić z siebie jeszcze kilka znanych mu kreolskich słów. Na szczęście kilka Haitańczyków mówi po angielsku. Ciężko powiedzieć, który z nich był kierowcą. Nie rozumiemy, czemu aż tylu stoi na środku ulicy i przekrzykuje się nawzajem. Szarpią się i kłócą, ale w stosunku do nas są bardzo uprzejmi. Co chwila ktoś inny z nami rozmawia. Poza pierwszymi kilkoma minutami nie wyczuwamy wrogości. Chcą się dogadać i proszą, żeby nie wzywać policji. Jedne patrol nawet na chwile przystanął, popatrzył na nas przez minutkę i pojechał dalej. Ci, co się z nami zderzyli, są pijani jak bela. Na asfalcie nie widać śladów hamowania. Emocje z nas opadają. Zaczynamy myśleć logicznie. Kevin dzwoni do swojego szefa, ta mówi, żeby podał im wszystkie swoje dane i umówił się na jutrzejszy dzień. Sprytnie podał im tylko swoje imię i telefon, bez adresu, miejsca pracy czy czegoś takiego. Dyskusja z nimi ciągnie się strasznie. Pijani cały czas powtarzają w kółko to samo. Wreszcie pytają czy nie mamy przy sobie pieniędzy. Szkody szacują na jakieś $600-700. Mają uszkodzą maskę, chłodnię i silnik, także i tak nie za dużo. Obiecujemy, że za wszystko zapłacimy, ale jutro. Wreszcie odczepiają się, wracamy do domu w jednym kawałku. Kevin poszedł na policję i do ubezpieczyciela. Papierkowa robota trwała blisko tydzień. Za namową swoich haitańskich znajomych na telefony nie odpowiadał. Tutaj każdy wymusza pierwszeństwo, a wina jest tego kto nie da rady zahamować.

Pozdrawiam

Piotrek

robbi89 użytkownik robbi89(wpisów:3) dodano 10.12.2013 05:13

Witam wszystkich forumowiczów,
właśnie podróżuję po Karaibach. Odwiedziłem Dominikanę, teraz jestem na Haiti. Piszę tez bloga z podróży [url] www.pkruze.blogspot.com[/url]. W tym wątku zamieszczam ostatni post (bez zdjęć niesiety). Gdyby ktoś miał jakies pytanie proszę o info na maila: piotr.kruze@gmail.com

Żołnierz o skórze czarnej jak heban leniwie podszedł do bramy i na znak dowódcy powoli otworzył granicę. Mam szczęście, bo czasami jest zamknięta przez kilka dni bez podania konkretnego powodu. Autokar zaczął podskakiwać na bitej haitańskiej drodze.. Po kilku kilometrach unosząca się za nami chmura pyłu opadła. Niewątpliwy znak tego, że pod kołami mamy już asfalt. Tam czekali celnicy. Wychodzimy. Czegoś szukają, mnie się o nic nie pytają. Staram się wytrzymać okropny smród. Odór jest niesamowity, coś gnije albo się rozkłada. Ledwo mogę oddychać. Wzrok kieruję na twarze moich współpasażerów, szukając na nich również wyrazu obrzydzenia. Nic z tego. Rozmawiają, śmieją się, zupełnie nie zwracając uwagi na otaczające nas powietrze. Kontrola się skończyła, a my jedziemy dalej. Tuż przed zmrokiem docieramy do Petionville, miejscowości położonej na wzgórzach nad stolicą, Port-au-Prince. Malutki dworzec otoczony jest trzymetrowym murem i drutem kolczastym. Wejścia pilnuje strażnik z karabinem. Za nim taksówkarze przekrzykują się wzajemnie oferując swoje usługi. Mnie odbiera poznany w Internecie Peruwiańczyk, Raul.

Haiti jest krajem trzeciego świata. Tutaj bieda miesza się z bogactwem. Skrajności w tym kraju są tak bardzo widoczne, że aż niewyobrażalne. Nie ma nic pomiędzy. Pięć minut od ambasady hiszpańskiej znajduję się lokalne targowisko. Po drodze trzeba uważnie patrzeć pod nogi, bo w chodnikach i na jezdni zdarzają się metrowe dziury. Na ulicy rzucają się w oczy kobiety noszące rzeczy na głowie oraz dzieciaki w kolorowych mundurkach. Na początku, kiedy spacerowałem po mieście w pojedynkę, czułem się podobnie jak zbłąkany Murzyn, który nieopatrznie wszedł na zebrania Ku Klux Klanu. W ogromnym kurzu handluje się wszystkim: owocami, kurczakami, chlebem, ciuchami czy oenzetowskimi lekami. Spacer po tym bazarze pozwala zrozumieć, czemu wybuchła tutaj epidemia cholery. Psy i szczury wałęsają się między stertami śmieci. Na skrzyżowaniach często zalega cuchnąca woda. Znowu ten charakterystyczny odór zgnilizny. Raul ostrzegł mnie, żebym nigdy nie jadł niczego z ulicy. Nie musiał dwa razy tego powtarzać. Kawałek dalej położony jest nowoczesny supermarket. Przy wjeździe stoją ochroniarze z długą bronią w policyjnych zbrojach jakie w Polsce nosi prewencja zabezpieczajaca mecze piłkarskie. W środku, przy amerykańskich bożonarodzeniowych szlagierach, zakupy robią dyplomaci, pracownicy organizacji humanitarnych czy też bogaci Haitańczycy. Ceny są bardzo wysokie, bo wszystko jest sprowadzane z zagranicy.

W niedzielę pojechałem do centrum Port-au-Price. Moim przewodnikiem był Harold, Haitańczyk mówiący trochę po angielsku. Raul wysyłał z nim wszystkich swoich couchsurferów. Głównym punktem miasta jest plac, wokół którego stoją pomniki czterech ojców niepodległości: Toussaint Louverture, Dessalines, Christophe i Petion. Chociaż, za życia często walczyli też między sobą (Petion i Christpher podzieli Haiti na dwa państwa i władali odpowiednio Republiką i Cesarstwem Haiti), teraz ich posągi dumnie wznoszą się w stolicy. W 1804 roku wywalczyli oni niepodległość od potężnej Francji, przed którą drżał cały ówczesny świat z Wielką Brytanią i Rosją włącznie. Murzyńskiego powstania nie był w stanie stłumić sam geniusz wojny Napoleon, który nie chciał pogodzić się z utratą „klejnotu Antyli” (tak nazywano tę francuską kolonię, kiedy rządzili nią Biali). Pierwszy Konsul na San Domingo stracił kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy i swojego szwagra generała Leclerca. Haiti jako drugi kraj na zachodniej półkuli zrzucił jarzmo kolonializmu. Wyrzucono białych plantatorów i zaczęto budować pierwsze we współczesnym świecie państwo czarnych, czego opłakane skutki widać do dzisiaj. Historia Haiti i afrykańskiej Liberii uczy, że nie ma gorszego władcy nad wyzwolonego niewolnika. Położona nieopodal jest Jamajka była brytyjską kolonią aż do lat 60-tych XX wieku. Teraz jednym jednym z najbogatszych karaibskich państw o bardzo rozwiniętej gospodarce. Jakby tutejsi Murzyni pocierpieli jeszcze trochę dłużej na plantacjach trzciny cukrowej, to dzisiaj nie mieszkaliby w jednym z najbiedniejszych państw na świecie. Gdyby nie pałali taką nienawiścią do białych to mogliby być tak rozwinięci jak sąsiednia Dominikana, która tutaj wydaje się być rajem i ostoją cywilizacji.

Kilkaset metrów dalej ruiny katedry przypominają o trzęsieniu ziemi sprzed blisko czterech lat. Po drodze mijamy brazylijskie patrole żołnierzy ONZ w słynnych błękitnych hełmach. Uwagę przykuwają autobusy pomalowane we wszystkie kolory tęczy. W przeciwieństwie do znajdującego się nieopodal Pałacu Prezydenckiego nie jest odbudowywana. Dla nielicznych turystów jest obowiązkowym punktem programu zwiedzania. Podobnie jak targ żelazny, gdzie można kupić lokalne wyroby. Przy bramie od razu podchodzi do mnie kilku kupców i zaczynam wycieczkę. Oprowadzają mnie po wszystkich straganach. Po blisko 30 minutowym spacerze kupuję za kilka dolarów jakieś drewniane figurki. Ponadto pytam czy mają może obraz Czarnej Madonny z blizną. Znalazła się. Być może ta charakterystyczna podwójna blizna na prawym policzku jest wzorowana na obrazie Matki Boskiej Częstochowskiej, a na Haiti trafiła wraz z polskimi żołnierzami Napoleona (o śladach Polaków będzie osobny post). Szkoda tylko, że ja wyraziłem nią tak wyraźne zainteresowanie. Cena wywoławcza $60 (warto dodać że kupcy mówią po angielsku). Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że i tak przepłaciłem wręczając handlarzowi $22. Wracamy tą samą drogą wśród strasznie wyglądających domów i pustych drewnianych straganów. Niedziela nie jest dniem pracy. Mimo niewielkiego ruchu Harold nie rozpędza się. Musi uważać na zwały śmieci stojące na skrzyżowaniach. Powoli zaczynam przyzwyczajać się do smrodu.

Raul był jednym z najlepszych couchsurferów jakich miałem do tej pory. Znalazł dla mnie czas w swoje urodziny. Prosto z dworca pojechaliśmy na imprezę. Na zamkniętym luksusowym osiedlu bawili się Biali mieszkający w Haiti. Dominowali Latynosi, dlatego królowała salsa. Tańczono wokół basenu oświetlonego lampami, zupełnie jak w filmach. Wzbudzam ogólną wesołość mówiąc, że jestem turystą i przyjechałem do Haiti pozwiedzać. Trzeba przyznać, że w ONZ to oni akurat faktycznie ciężko pracują po ok. 10h dziennie. Na weekend czekają z utęsknieniem. Biali żyją trochę jak w getcie. Nie jest tu ich zbyt wielu dlatego znają się i spotykają w weekendy. Nie ma tutaj kin, teatrów czy centrów handlowych. Do tego dochodzą przerwy w dostawie wody czy prądu. (Bogatsze domy mają trzy źródła energii elektrycznej: sieć miejską, akumulatory ładowane bateriami słonecznymi oraz agregaty). Mało kto ma przyjaciół Haitańczyków. Po ulicach chodzą tylko w dzień i tylko po Petionville. W czasie jazdy samochodem trzeba koniecznie zamykać drzwi, bo jasna skóra jak magnes przyciąga ulicznych żebraków i dzieci, którzy krążą wokół samochodów, kiedy te stoją w niewyobrażalnie długich korkach. Kiedy nie dostają żadnych pieniędzy, potrafią otworzyć drzwi i zabrać pierwszą rzecz jaka im wpadnie w ręce. Większość z nich została co najmniej raz napadnięta. Kiedy powiedziałem Raulowi, że mam cztery szwy na swojej głowie, odparł że na jego pół roku temu rozbito butelkę. Skończyło się na dziesięciu szwach i zabranym portfelu. Dodał, że po pięciu latach spędzonych na misjach w Afryce można się do tego przywyknąć. Pogodził się już z samotnością. Normalne życie w cywilizowanym miejscu szybko się nudzi. To jest dobre na wakacje. Pytam czemu akurat wybrał Haiti. Powiedział, że stąd ma tylko 8h samolotem do Limy, a inne kraje były jeszcze gorsze. Jakie? Afganistan.
http://www.youtube.com/watch?v=kAbpxU0_4cY

Zadaje sobie pytanie: po co ja tutaj przyjechałem.Chyba chciałem sobie udowodnić, że jestem w stanie pojechać wszędzie i nic nie jest mi straszne. Tutaj i ja zachowuję się inaczej. Wpadam w skrajności:. mam za sobą lunch z dyrektorem 5-gwiazdkowego hotelu i podróż tap-tap, czyli lokalnym autobusem przerobionym z pick-upa. Po francusku umiem tylko powiedzieć: bonjour, merci i voulez-vous coucher avec moi ce soir,ale duży odsetek chorych na HIV skutecznie zniechęca do zadawania tego pytania. Czyli znam dwa słowa i mam tyle samo rąk, które służa głównie jako tłumacz. Czasami pomaga angielski (chociaż prawie każdy żebrak potrafi powiedzieć give me one dollar. podobnie jak hiszpański. Po kilku dniach zacząłem się przyzwyczajać. Czas zostawić przyjemny domek u Raula i jechać dalej samemu. Po głowie wciąż chodzą mi słowa piosenki: -Co ja robię tu?-Uuuu, co ty tutaj robisz?

Pozdrawiam serdecznie

Piotr Kruze



Aby dodawać wpisy musisz się zalogować. Jeśli nie jesteś członkiem społeczności, przyłącz się!