m s my mo ms
version_button
| rejestracja | przypomnienie hasła en pl
login: hasło:

zdjęcia w galerii (39):

 
Czarnohora, to najbardziej na południowy - wschód wysunięty kawałek dawnej Rzeczpospolitej. Mieliśmy pewne obawy związane z wędrówką po nieznanym, słabo zaludnionym terenie, położonym w granicach państwa, które kojarzyło się wtedy z handlem tandetą i mafią… Do Jasinii  docieramy o północy (stopem złapanym na granicy polsko-ukraińskiej). Trochę po omacku wkraczamy w Dolinę Łopuszanki i po minięciu ostatnich zabudowań rozbijamy namioty. 
Następnego dnia kąpiel  w lodowatym potoku wypędza z nas resztki snu i dodaje apetytu. 
Ruszamy w górę, wzdłuż potoku Łopuszanki. Od tego momentu zdani będziemy tylko na własne siły, bowiem brak schronisk i gastronomii zmusza nas do noszenia całego dobytku (min. łącznie 50 kg prowiantu/ 9 osób) na plecach. Nareszcie spełnia się nasze wieloletnie marzenie: noclegi w sercu gór, gdzieś po drodze, brak znakowanych szlaków i tłumów ludzi. Praktycznie tylko w okolicach Howerli i Jez. Niesamowitego spotyka się większe grupy turystów. Dokucza nam spiekota. Skwapliwie korzystamy z zimnej wody w potoku. Półtorej godziny później dochodzimy do nieistniejącej dziś klauzy (zapory wodnej), gdzie obecnie znajduje się budynek drwali. Gospodyni raczy nas schłodzonym „kisłym małokom”. Wypijamy, ku radości kobiety, dwa pełne garnki tego specjału! Powyżej linii lasu natrafiamy na osiedle pasterzy krów. Jest pora obiadowa więc robimy dłuższą przerwę. Na deser zjadamy „syr”, którym częstują nas Huculi. Pycha!
Ostatni odcinek drogi wiedzie dość stromo pod górę. Ok. godz. 19.00 jesteśmy w pobliżu szczytu - pierwszego na „naszej” grani - Pietrosula (1855 m npm.) Rozglądamy się za jakimś źródłem. Z opresji wybawia nas młody pastuch, wskazując miejsce, gdzie możemy zaopatrzyć się w wodę. Jej ewentualny brak na naszej trasie staje się obsesją jednego z uczestników wyprawy, który przez cały nasz pobyt na grani usiłuje - bezskutecznie - nakłonić nas do dźwigania dodatkowo 3 kg ładunków zapasu wody. Pierwsze obozowisko na grani Czarnohory. W końcu siadamy spokojnie i rozglądamy się wokół.. Widok z góry jest fascynujący. Pierwsze wrażenie najlepiej oddają słowa Rafała Malczewskiego: „…wpływamy w zaczarowany kraj Czarnohory… Jak inaczej tu niż na tatrzańskiej grani. Tam po obu jej stronach narasta przestrzeń wybiegająca ku dalekim horyzontom, obszar równinny, zamieszkały przez człowieka i urządzony… Tutaj nigdzie nie kończy się górski świat”.
Zachód słońca malowniczy, ale nie wróżący dobrej pogody na jutro… W dali Bliźnica, najwyższy szczyt grupy Świdowca. Niestety nie myliliśmy się wczoraj wieczorem. Po słonecznym poranku mgła otula grań gęstą watą. Widoczność spada do kilkunastu metrów. Czujemy się trochę niepewnie, zwłaszcza, że w pewnej chwili nie wiemy, w którą stronę skierować kroki. Na szczęście wiatr ma moment rozwiewa biały tuman i szybko ustalamy dalszy kierunek marszu. Wreszcie osiągamy wierzchołek Pietrosa. Robimy krótki popas. Niestety, nic nie widać, A ponadto zbliżające się pomruki burzy niecierpliwie popędzają: „w drogę!”. Uszliśmy zaledwie kilkaset metrów, gdy rozpętało się piekło. Gromy waliły jeden za drugim. Zbiegamy gęsiego, byle dalej od szczytu. W końcu chronimy się między skałkami przytulonymi do zbocza. Z nieba leją się strugi lodowatego deszczu. Przemoczeni do suchej nitki [jeszcze nie chodziło się w gore-texach :D] dzwonimy z zimna zębami i czekamy, aż się to wszystko uspokoi. Wyglądamy tak żałośnie, że w końcu budzi to naszą ogólną wesołość…
Schodzimy na przełęcz poniżej Pietrosa. Szałas pasterski, widoczny na zdjęciu, kusi nas perspektywą ognia i możliwością wysuszenia mokrych ciuchów. Nigdzie nam się nie spieszy, a więc schodzimy. Znajdujemy schronienie w huculskich zabudowaniach pasterskich, u starej góralki, której wnuk wypasa na okolicznych połoninach krowy. Po południu pojawia się słońce. Suszymy cały dobytek i z ciekawością obserwujemy naszych gospodarzy. Warto nadmienić, że w czasie całego naszego pobytu w Czarnohorze, zawsze spotykaliśmy się ze strony miejscowej ludności z odruchami sympatii. Mieszkańcy gór, w pierwszej chwili nieufni, już po krótkiej rozmowie z życzliwym zainteresowaniem dopytywali się o warunki życia w Polsce, częstowali mlekiem, serem.
Siedzimy do nocy przy ognisku wypijając hektolitry herbaty, gawędząc z naszą gospodynią i jej młodszym  wnukiem Sieriożką.
Troje z nas noc spędza w kurnym (!) szałasie, „waternyku”. Śpimy pokotem na szerokiej ławie pokrytej derami i skórami. Dym trochę szczypie w oczy, ale z tak atrakcyjnego noclegu trudno byłoby zrezygnować. Reszta śpi w szopie nieopodal. Nocleg urozmaicają im odgłosy zza ściany. Utrudzonych wędrowców usypiają do snu pobrzękujące dzwonki i ciche plaskanie krowich „talerzy”. Następny dzień wita nas słońcem. Wracamy na przełęcz Harmanieską i wędrujemy dalej „centralną dorohą”, która zamienia się w trawersującą zbocza ścieżkę, biegnącą fragmentami przez las. Mijamy kilka grup turystów - Polaków, Czechów i Ukraińców.
Przed podejściem na Howerlę robimy krótki popas. Wchodzimy wyżej. Widać przebytą już drogę: od widocznego z prawej strony Pietrosula - z charakterystycznie podciętym zboczem, przez Pietrosa, Przeł. Harmanieską aż do ścieżki wstępującej na Howerlę. Jesteśmy na szczycie Howerli, najwyższego wierzchołku Czarnohory (2056m npm). Panuje tu niesamowity tłok. Obserwujemy przez lornetkę dalszą drogę. W dali majaczy cel naszej wędrówki. Pop Iwan. Poznajemy go po niesamowitych, wznoszących się na wierzchołku ruinach przedwojennego Obserwatorium Meteorologiczno - Astronomicznego. Był to najwyżej w ówczesnej Polsce, stale zamieszkany punkt. Wyżej od Kasprowego! Z Howerli schodzimy „płajem” na obniżenie pod Breskułem, gdzie znajdujemy źródło i robimy „obiadową” przerwę w marszu. Główny grzbiet staje się bardziej monotonny, bez większych przewyższeń. Na Breskule robimy zdjęcia przy prawosławnym, drewnianym krzyżu. Obok widoczny jest, jeden z wielu na grani, przedwojenny słupek graniczny. Wszak tędy - do roku 1939 - biegła granica Polsko - Czeska. Słupki ułatwiają orientację w terenie, bowiem oznakowane są kolejnymi numerami, które zaznaczone są również na naszej mapie. Widok z Turkuła: z tyłu pięknie prezentuje się kopa Howerli z Breskułem i Dancerzem na jej tle. Z Turkuła obserwujemy otoczenie Jeziora Niesamowitego. W związku z tym, że jest to jedyne „mokre” miejsce w najbliższej okolicy mamy zamiar rozbić się przy nim obozem. Nie jesteśmy pewni, czy to legalne, bowiem ostrzegano nas, że w tym miejscu nie wolno biwakować. Wątpliwości rozwiewają grupki turystów wyraźnie przygotowujących się do noclegu. Idziemy za ich przykładem. Z Jeziorem Niesamowitym wiąże się  wiele podań. Podobno mieszkają w nim złe moce, które przy najmniejszym zakłóceniu ich spokoju sprowadzają na rodzaj ludzki nieszczęście. Wystarczy zamącić wodę lub wrzucić do niej kamień, a wkrótce zachmurzy się niebo, zerwie wiatr i uderzy silna nawałnica połączona  z gradem. Wystarczy, że ktoś zamyśli się na brzegu i zapomni o ostrożności, a już huculskie topielice - niauki - wciągają nieszczęśnika w głębiny…
Rankiem szybko zwijamy obóz i wyjątkowo wcześnie wracamy na grań. Mamy szczęście. Spotkani po drodze strażnicy podejrzanie dopytują się o nasz nocleg. Na wszelki wypadek nie przyznajemy się do tego, gdzie faktycznie spędziliśmy noc  (oj! oj! nieładnie, okazało się, że faktycznie nie wolno tam biwakować… nasza  „culpa”). Wkrótce docieramy do skalistego grzebienia Szpyci. Ramię Szpyci jest jedną z największych atrakcji Czarnohory. Po jego wschodniej stronie ciągną się „szeregi fantastycznie ukształtowanych iglic, bloków i ostańców skalnych… miejscami tworzących wręcz las skalny”. Cytowany z przewodnika opis wprowadził nas trochę w błąd. Wyobraźnia podsuwała nam widoki znane z Dolomitów… Może tak, ale w miniaturze… miejscami tworzących wręcz las skalny”. Cytowany z przewodnika opis wprowadził nas trochę w błąd. Wyobraźnia podsuwała nam widoki znane z Dolomitów… Może tak, ale w miniaturze…Następny szczyt, to Gutin Tomnatyk. Schodzimy do jego podnóży, gdzie znajduje się największy w tym paśmie, niewątpliwie ładniejszy niż Jez. Niesamowite, bo mniej oblegany przez turystów staw, zwany Brebeneskułem. Leży on na wysokości 1800m npm. Następny dzień rozpoczynamy mozolną, długą wspinaczką na grań. Mijamy Smotrec. Miejsce to zwane jest „Pohane Misce” i stanowi czarnohorski „trójkąt bermudzki”, gdzie często występują gwałtowne burze, a miejscowi wiążą z nim legendy o złych mocach. Już widać wierzchołek Popa Iwana z majestatycznymi ruinami „Białego Słonia”. Jego ruiny przypominają warownię, bowiem wybudowany został na planie starego zamku kazimierzowskiego w Przemyślu. Długo snujemy się po starym obserwatorium, zaglądamy w zakamarki szukając śladów dawnej świetności. Z wierzchołka Popa Iwana schodzimy grzbietem granicznym na południowy - zachód. Docieramy do pięknej połoniny. Poniżej grani znajdujemy niezamieszkany „waternyk” i źródło. Wybieramy to miejsce na ostatni już nocleg w górach. Rozbijamy w popłochu namioty, bo nagle poszarzało i zaczęło grzmieć. Burza szybko mija. Przygotowujemy posiłek w szałasie. Robi się przytulnie. Chłopcy uprzątają podłogę i przygotowują ognisko, przy którym siedzimy długo w noc, gawędząc i śpiewając. Pierwszy raz możemy się nacieszyć spokojem przy ogniu. Poprzednimi nocy chłód i uciążliwe wietrzysko wyganiało nas szybko do śpiworów.Ranek znowu wita nas słońcem. Widok na Karpaty Marmaroskie.
Wracamy na ścieżkę i tu miła niespodzianka. Spotykamy grupę młodzieży z Wilna. Wymieniamy informacje o przebytej trasie. Rozmowa toczy się w języku rosyjskim (coś tam jeszcze ze szkoły zapamiętane…) . W chwili rozstania przewodnik grupy (starszy wiekiem mężczyzna) odwraca się do nas i z radosnym błyskiem w oku mówi po polsku półgłosem: „jeszcze Polska nie zginęła!” … „i nie zginie!” odpowiadamy zaskoczeni… Na Połoninie Raduł trafiamy do wielkiej owczarni.. Górale, jak zwykle częstują kwaśnym mlekiem. Kupujemy większe ilości sera na dalszą drogę. Jeden z nich przebiera się do zdjęcia w nową, wyszywaną koszulę. Młodszy postanawia sprowadzić nas do głównej drogi wiodącej do wsi Szybene. Po drodze smakujemy szczawę z leśnego „burkutu”, czyli źródła wody mineralnej. W pobliżu klauzy Baracatul żegnamy naszego przewodnika, który w zamian za pomoc nie chce przyjąć nawet papierosów. Cztery godziny marszu były dla niego okazją do pogadania, a miał o czym, bowiem pochodził z okolic Czerobyla… W Szybenem mieliśmy średnio przyjemne spotkanie z pogranicznikiem, które na szczęście dobrze się skończyło (nie wiedzieliśmy, że musimy mieć zezwolenie miejscowych władz na wędrówkę w strefie przygranicznej). Na przekór przygodzie rozbijamy namioty w pobliżu posterunku granicznego :D. Wiszący most nad Czarnym Czeremoszem.
Zrywamy się szarym świtem i pospiesznie pakujemy plecaki, by zdążyć na ranny autobus do Żabia. Nawet nie przeczuwamy jakie nas w nim czekają atrakcje… Już po trzech przystankach nasz „cerowany” pojazd pęka w szwach. Następny, którym ruszamy w kierunku Worochty nie wygląda lepiej, ponadto pasażerowie wsiadają w biegu, ponieważ okazuje się, że z powodu awarii skrzyni biegów autobus nie może się zatrzymać, bo nie ruszy ponownie… Worochta to przedwojenny kurort, pięknie położony wśród gór. Trafiamy na cmentarz. Huculska kapliczka cmentarna. Najcenniejszym zabytkiem Worochty jest stara drewniana, pochodząca z pierwszej połowy XVIII wieku, typowo huculska cerkiew pw. Narodzenia NMP. Zbudowana na planie krzyża greckiego ma cały dach pokryty gontem.  Z Worochty pojechaliśmy przez Jasinię do Lwowa, ale to już inna bajka…

najbliższe galerie:

 
Świdowiec i okolice, sierpień 2008r - cz.I
1pix użytkownik satan odległość 2 km 1pix
Czarnohora- poraz wtóry
1pix użytkownik mereks odległość 8 km 1pix
Czarnohora Pietros
1pix użytkownik kabaczek odległość 9 km 1pix
Czarnohora Worochta Polanica
1pix użytkownik kabaczek odległość 9 km 1pix
Świdowiec i okolice,  sierpień 2008r -  cz. II
1pix użytkownik satan odległość 13 km 1pix
Czarnohora Howerla
1pix użytkownik kabaczek odległość 13 km 1pix

komentarze do galerii (7):

 
ulkaw użytkownik ulkaw(wpisów:13) dodano 26.01.2011 21:21

piekne wspomnienia, przecierasz szlaki...dla wspomnień na tym forum :))
Pozdrawiam

maskonur użytkownik maskonur(wpisów:71) dodano 03.10.2010 03:22

Dziś dopiero obejrzałem Twoją galerię. Zdięcia ze skanu nie najlepsze, ale nie oto chodzi. Fajny,szczegółowy opis wyprawy w moim stylu. Jak najwięcej takich galerii. Pozdrowienia!

olafutura użytkownik olafutura(wpisów:10) dodano 28.02.2010 20:53

Świetna galeria. Ech! Pojechałoby się gdzieś...Zatęskniłam za taką grupową wyprawą...Pozdrowienia!:)

yetina użytkownik yetina(wpisów:230) dodano 28.02.2010 13:31

Dziękuję za miłe słowa :) Książki Konwalio nie napiszę, nie odważyła bym się :P ale dla własnego użytku, z nadzieją, że gdy już sił nie stanie, będę mogła powędrować wspomnieniami, piszę sobie kroniki z wyjazdów (ilustrowane oczywiście zdjęciami).

tereza użytkownik tereza(wpisów:3875) dodano 27.02.2010 17:53

Wspaniała wyprawa.Pozdrawiam:)

konwalia użytkownik konwalia(wpisów:3259) - Użytkownik usunięty. dodano 26.02.2010 23:58

Mogłabyś książkę napisać.
Piękne wspomnienia,zdjęcia i ta cała wyprawa.
Dla mnie rewelacja.Że Wam sie chciało i nic was nie zniechęciło.
Yetina pozdrawiam.

droplet użytkownik droplet(wpisów:276) dodano 26.02.2010 22:31

Lubię tak dobrze opisane wspomnienia

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować. Jeśli nie jesteś członkiem społeczności, przyłącz się!