m s my mo ms
version_button
| rejestracja | przypomnienie hasła en pl
login: hasło:

zdjęcia w galerii (31):

 
Dwudniową wycieczkę do delty Orinoko zakupiliśmy w lokalnym biurze podróży na Margaricie. Wylatujemy rano z Porlamar takim właśnie statkiem powitrznym. W czasie lotu były naciski na kapitana aby leciał nisko a my obserwowaliśmy z góry najpierw morze karaibskie ,póżniej równiny Los Lanos a nastepnie samo Orinoko. Lądujemy w miejscowości Tucupita.Samo lotnisko jest położone tak fantastycznie że pas startowy zaczyna się od samego brzegu Orinoko.Lądując zdaje się że samolocik próbuje wodować w rzece bo leci ok 10 metrów nad lustrem wody. Lotnisko znajduje się przy brzegu rzeki. Po chwili zjawia się po nas indiański przewodnik i idziemy do przystani gdzie czekają na nas łodzie motorowe którymi popłyniemy wodami Amacuro Droga z lotniska trwa ok 2 godzin. W miedzyczasie pogoda jest bardzo zmienna temp.ok 30 stopni ,za chwilę pada deszcz i na łódce która na dwóch silnikach 150KM Yamaha osiąga chyba 100 km/godz. robi się chłodno. Wreszcie docieramy do miejsca w którym nasze szczęki opadają na samo dno Orinoko. Tego się nie spodziewaliśmy.
Jesteśmy w miejscu  gdzie czas zatrzymał się dawno ,dawno temu i jeszcze jako dziecko czytając A.Fidlera z wypiekami na twarzy nawet nie wyobrażałem sobie że kiedyś to zobaczę.
Cały obóz zbudowany jest na palach ,pomiędzy domkami chodzi sie po drewnianych pomostach a wszystko tonie w gestwinie dzungi. Wzdłuż pomostów stoi na brzegu rzeki kilkanaście domków krytych liśćmi palmowymi. Z pomostu udaje  się nam zauważyć tego mieszkańca obozu .Ciekawe czy w domkach też nocują takie okazy ? Dostajemy domek w pierwszym rzędzie przy samym brzegu rzeki. Jest fantastyczny.
Od strony rzeki maleńki taras z dwoma hamakami i widokiem na leniwy nurt i wspaniałą wszechobecną roślinność dżungli. W środku prawdziwy high life.
Nad łóżkami moskitiery ,łazienka z prysznicem z wodą z rzeki. W oknach gustowne zasłonki.Czego można chcieć więcej ? Po drugiej stronie rzeki  połaczona mostkiem z obozem indiańska wiata z hamakami i miescami do siedzenia oraz pomostem ze schodkami gdzie odważni i żądni przygód z piraniami mogą bezpiecznie zejść do wody.
Wśród koron palm w obozie całe mnóstwo ptaków dosyć krzykliwie daje nam znać że to ich terytorium. Kolorowe papugi co chwilę przelatują z drzewa na drzewo ale są tak szybkie że trudno zrobić im zdjęcie w locie. Kilka drzew jest całkowicie pokrytych gniazdami sympatycznego żółtego krzykacza . Zółty krzykacz mimo niewielkich rozmiarów odgania duże papugi od swojego terytorium z godną podziwu upartością. Nasz domek od strony rzeki. Poziom wody jest dosyć wysoki więc pomiędzy domkami rośnie cała masa wodnej roślinności.
Za chwilę wyruszymy na przejażdzkę łódką po delcie Amacuro i wedrówkę w głąb dżungli więc jeden z indian Warao myje kaloszki ,czyli nasze wyjściowe obuwie. Pomost główny naszego obozu .Stąd za chilę wypływamy w nieznane na podbój Amacuro.
Pływamy po różnych odnogach rzeki i gdyby nie indiański przewodnik można by stwierdzić że w dżungi nie ma żadnych zwierząt.Oczywiście poza komarami i innymi nieznośnymi owadami które odczuwamy i widzimy wyrażnie.
Nic tylko ściana lasu.
Nagle Indianin podpływa bliżej brzegu i pokazuje nam coś w zaroślach.
Po dłuższej chwili wpatrywania białe twarze dostrzegają ptaka wielkości naszego indyka z czubkiem na głowie.To guacharaca sprytnie ukryty wśród zarośli.Nigdy  byśmy go nie zauważyli bez pomocy czerwonej twarzy.Płyniemy dalej,Indianin pokazuje nam znowu coś w zaroślach.Tym razem to stadko tukanów które szybko odlatują na nasz widok Po chwili sami zauważamy już dobrze nam znane czarno -żółte krzykacze ze swoimi zwisającymi z gałęzi gniazdami. Z głebi dzungli dochodzą nas odgłosy mrożące krew w żyłach.Myślałem że to jakiś dziki kot uplował swoją zdobycz i ta biedna tak wyje.Pytam indianina co to za odgłosy.Po chwili dobijamy do brzegu a on stuka wiosłem w pień jednego z drzew. Wśród koron nagle wielkie poruszenie i stado małp ucieka w popłochu. Okazuje się że to one wydają te straszne odgłosy.
W jednej ze spokojnych odnóg Indianin pokazuje nam coś w wodzie.Nic nie widzimy tylko trochę bombelków. Nagle kilka metrow od nas  z wody wyskakuje szaroniebieski delfin.
Nigdy bym sie tego nie spodziewał .nawet nie wiedziałem że w Orinoko żyją delfiny słodkowodne. Wreszcie po trzech godzinach pływania Indianin dobija do brzegu.Meczetą wśród zarośli wycina wąską dróżkę i zaprasza nas do wejścia. Miejsce w którym zatrzymaliśmy się było całkowicie dzikie ,plątanina lian,chaszcze głównie kolczaste i ostre jak żyletka bez meczety bylibyśmy bez szans.Idziemy w naszych kaloszkach po bagnistym terenie co chwilę się potykając. Indianin idzie pierwszy i torując drogę co chwilę pokazuje nam jakieś ciekawoski. A to wąż który opleciony wśród konarów jest nie do wypatrzenia przez niewprawne oko, Kopiec mrowek wysoki na 1 m które okazują się prawdziwym rarytasem i przysmakiem podniebienia , a to wygrzebuje spod kory skorpiona ,następnie spożywa larwę jakiegoś owada która jest wielkości małej jaszczurki. Włóczęga po dżungli trwa ok godziny ale jesteśmy pożądnie zmęczeni i ubłoceni a ilość komarow która tam nas dopadła jest nie do opisania.
Spokojnie można tam kręcić kolejne odcinki thrillerów typu Rój z komarami w roli głównej.
Po wyjściu z dzungli udaliśmy się na połów pirani.
Wg słów Indianina NO pirania NO dinner  kto nie złowi pirani zostanie głodny.
Efekty połowów były bardzo mizerne,mimo naszych starań.Jedna złowiona niewielka pirania nie gwarantowała nam porządnej kolacji.Ale najbardziej rozbawił nas pewien Niemiec który bardzo żałował że nie wziął na wycieczkę swojej echosondy,bo wtedy połowy byłyby obfite a wszystkie piranie namierzone. Można i tak W czasie naszej wycieczki pogoda była tak zmienna że w ciągu tych paru godzin przeżyliśmy kilka deszczów i chwile tak słoneczne że trudno było wytrzymać.
W końcu dopłynęliśmy do wioski indian Warao i tutaj mój aparat sprawił mi prawdziwego psikusa i nie dał się namowić do robienia zdjęć.

najbliższe galerie:

 
Delta Orinoco
1pix użytkownik hubbabubba odległość 79 km 1pix
U indian Warao
1pix użytkownik lmka odległość 118 km 1pix
Tobago
1pix użytkownik walter_sullivan odległość 205 km 1pix
Venezuela
1pix użytkownik rudeboy78 odległość 225 km 1pix
Ameryka Płd
1pix użytkownik monika2 odległość 251 km 1pix
Ciudad Bolivar,  marzec 2011
1pix użytkownik smok-1 odległość 266 km 1pix

komentarze do galerii (19):

 
jezier użytkownik jezier(wpisów:40) dodano 05.02.2012 21:16

Aparatu faktycznie żal, bo początek wyprawy fascynujący. Pozdrawiam

markopol użytkownik markopol(wpisów:1492) - Użytkownik usunięty. dodano 16.01.2012 16:15

Szkoda Twojego aparatu,ja nauczyłem się już i noszę dwa w zapasie.
To co pokazałeś bardzo mi się podoba.Taka wyprawa właśnie mi się śni.
Pozdrawiam

carmel użytkownik carmel(wpisów:1169) dodano 06.04.2011 15:59

Vivi...mimo , że aparat Ci wysiadł , myślę , że udał Ci się przekaz . Zdjęcia i opis w komentarzach świetnie się uzupełniły. Bardzo lubię takie spotkania "różnych cywilizacji". Zmienia to obydwie strony. Z pewnością jest tak jak napisała Anikm o Indianach ...ale my też wyciągamy z tego jakieś wnioski. Ja kiedy wracam do domu , bardziej cieszę się dobrodziejstwem swojej cywilizacji...co nie oznacza wcale , że jestem bardziej szczęśliwa ;) Pozdrawiam

moneeq użytkownik moneeq(wpisów:1090) dodano 11.03.2011 13:13

wyprawa do pozazdroszczenia. nic dodac nic ujac....
gratuluje i pozdr

wielkopolanka użytkownik wielkopolanka(wpisów:1907) dodano 02.03.2011 08:44

Piękna egzotyczna wyprawa! pozdrawiam!

watcher użytkownik watcher(wpisów:1927) dodano 06.02.2011 12:46

Gratuluje wyprawy.

surykatka użytkownik surykatka(wpisów:7249) dodano 05.02.2011 23:38

Bardzo ciekawa relacja, a taki domek z liści palmowych - bajka :-) pozdrawiam

anikm użytkownik anikm(wpisów:4509) dodano 05.02.2011 20:44

Vivi i wcale nie żałuję że Cię naciągnęłam na tę relację,bo warto było.Zapewniam Cię że galeria jeszcze na tym zyskała:)
Tutaj znowu pojawił się problem cywilizacji,który niestety stanowi zagrożenie dla takich plemion jak to które odwiedziłeś.Żyli tak sobie spokojnie przez setki lat,aż pojawił się biały człowiek i poznali smak Coca-Coli i siłę mamony...
Pozdrawiam Vivi i dzięki za tę relację.

vivi użytkownik vivi(wpisów:487) dodano 05.02.2011 20:30

Temat Indian Warao to rzeczywiście bardzo ciekawe zagadnienie.
Od wieków ich życie związane było z wodą i ze względu na trudno dostępne tereny które zamieszkiwali ,postęp cywilizacji dotarł tam bardzo póżno.
Wioski do których dotarliśmy mieściły się przy samym brzegu Amacuro.
Rodziny indiańskie mieszkają w podobnych chatach jak w Camp Abujene.
Wszystkie posadowione są na palach.Pod chatami natomiast znajduje się wszystko co Indianie wykorzystali i co jest im już niepotrzebne.
Dawniej pewnie były to przedmioty z naturalnych składników ,obecnie jest to góra plastików i innego dziadostwa które leży sobie bez ładu i składu i czeka na porę deszczową kiedy Amacuro przybiera i zabiera to wszystko ze swoim nurtem. Po przejściu fali przyboru znów jest czysto i miejsce na gromadzenie następnych odpadów.
W wiosce jest jedna w wielka kuchnia -świetlica z kilkoma piecami glinianymi . Indianki wspólnie przygotowują potrawy dla mężczyzn i dzieci.
Z tego co widziałem w garnkach na kuchni to pożywienie głownie roślinne plus ryby , czyli to co można znależć w dżungli lub złowić w rzece.
Po przypłynięciu do wioski opadły nas dosłownie dzieciaki indiańskie ,które prosiły by podarować im cokolwiek.
Przy zakupie wycieczki na Margaricie informowano nas aby dla dzieci zabrać przydatne im rzeczy np. zeszyty,pisaki ,kredki itp. , jednak nie miałem gdzie tego kupić
bo wylatywaliśmy na następny dzień wcześnie rano więc rozdawałem dzieciakom 1$ ,o które strasznie się kłóciły i zanosiły mamom aby spytać ile to warte.
Kobiety i małe dziewczynki porozkładały na trawie przedmioty wyrobu własnego np biżuteria bransoletki ,korale ,kolczyki lub rzeżby z drewna balsy ( bardzo lekkie drewno łatwe do obróbki ) tukany ,małpki ,łódki itp. Wszystko to było do kupienia i wszyscy uczestnicy wycieczki kupowali chcąc pomóc tym ludziom.
W wiosce nie widziałem mężczyzn ( albo łowili albo pracowali albo wstydzili się turystów) były tylko kobiety z dziećmi ,kilku podrostków i starszyzna wioski.
Nasz indiański przewodnik po przypłynięciu podszedł od razu do wodza i po rozmowie wręczył mu coś -podejrzewam że gratyfikację za możliwość obejrzenia wioski przez nas zawartą w cenie naszej wycieczki.Po terenie wioski wszędzie spacerowały kury które stanowiły najprawdopodobnie wspólnotę a w zagrodzie koło kuchni indianie trzymali kilkanaście kóz i parę tapirów. Przy brzegu rzeki przywiązane były łódki wydrążone z pnia balsy i gdy odpływaliśmy dzieciaki w wieku 5 lat śmigały za nami tymi łódkami do połowy nurtu Amacuro które miało w tym miejscu ok 1km szerokości.
Wielkim problemem Indian Warao jest próchnica zębów. Przyczyną próchnicy jest zmiana sposobu odżywiania . Wraz z turystami do wiosek zaczęły docierać cukierki którymi turyści obdarowują dzieci i pieniądze za które indianie mogą kupić w sklepach obwożnych ( w właściwie opływowych ) towary w tym wszechobecną Coca Colę.
Jest to ulubiony napój Indian i ilość pustych butelek PET w wiosce jest nieprawdopodobna. Oni chyba używają tego jak narkotyku.
W czasie powrotu z delty Amacuro zatrzymałem się w maleńkiej miejscowości San Jose de Bujo w takim wiejskim sklepiku i ze zgrozą stwierdziłem że sprzedają tam tylko cukier ,herbatę ,Coca- colę i tutejsze piwo oraz trochę nieznanych mi roślinnych używek.
Muszę jeszcze dodać że dzieci indiańskie mają dostęp do edukacji . Codziennie do wioski podpływa schoolboat i zabiera dzieciaki nz zajęcia do szkoły.Oczywiście jest to kilka klas szkoły podstawowej ,ale dobre i to bo tyle zapewnił im Chiavez.
Anikim ale naciągnęłaś mnie na pisanie powieści .
Pozdrawiam

mgfoto użytkownik mgfoto(wpisów:6134) dodano 05.02.2011 20:20

Ty masz wspomnienia a my niedosyt ;( A 24 taka rozkoszna, że mogłaby nawet robić za wizytówkę :) Pozdrawiam

anikm użytkownik anikm(wpisów:4509) dodano 05.02.2011 19:14

Vivi jak nie ma zdjęć to może choć opowiedz co nieco tutaj pod galerią jak wyglądała ta wioska,życie w niej i o tym wpływie Coca-Coli na uzębienie:)
Bo coś mi się zdaje że to bardzo ciekawy temat.

vivi użytkownik vivi(wpisów:487) dodano 05.02.2011 19:10

Anikim masz rację chodziło o maczetę i Muztaghata dobrze wyłapał
mój błąd. A ja o pierwszej w nocy robiąc galerię za dużo słuchałem
informacji z Egiptu i wyszła meczeta .W tym rejonie kulturowym z meczetami
jest bardzo krucho.
Co do wiosek indiańskich to okropnie żałuję bo relacja z samych wiosek
mogłaby być tematem osobnej galerii ze względu na ciekawe skrzyżowanie
prymitywnych kultur z "dobrodziejstwami" współczesnej cywilizacji i
wpływem Coca Coli na stan uzębienia w plemionach indiańskich.
Pozdrawiam

anikm użytkownik anikm(wpisów:4509) dodano 05.02.2011 17:52

Muztaghata chyba za dużo ostatnio gadaliśmy tu o muzułmanizmie,bo Ci meczety w głowie.Chyba chodziło Ci o maczetę?;)

muztaghata użytkownik muztaghata(wpisów:231) dodano 05.02.2011 17:38

fajnie.bez meczety ani rusz:)

olazim użytkownik olazim(wpisów:2269) dodano 05.02.2011 17:00

Wyprawa pełna egzotyki no i poświęcenia.....pozdrawiam.

dispar użytkownik dispar(wpisów:5390) dodano 05.02.2011 12:37

Fajna wycieczka. Szkoda tych niezrobionych fotografii. Pozdrawiam.

anikm użytkownik anikm(wpisów:4509) dodano 05.02.2011 12:12

Bardzo fajną miałeś wycieczkę. Szkoda tylko że nie miałeś możliwości robienia zdjęć w indiańskiej wiosce.
Pozdrawiam:)

magdalena użytkownik magdalena(wpisów:3652) dodano 05.02.2011 08:43

Lubię takie klimaty:-)))

konwalia użytkownik konwalia(wpisów:3259) - Użytkownik usunięty. dodano 05.02.2011 08:16

Egzotyczna wyprawa.I prawie ekstremalne warunki.
Wyobrażam sobie te stada komarów,wilgoć,piranie i węże.
Fajna relacja.
Pozdrawiam.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować. Jeśli nie jesteś członkiem społeczności, przyłącz się!