m s my mo ms
version_button
| rejestracja | przypomnienie hasła en pl
login: hasło:

zdjęcia w galerii (39):

 
Na początek ponownie mapa. Tym razem startujemy z lewego dolnego rogu na północ, a potem na wschód. Po kilku godzinach jazdy i odzwyczajania się od widoku oceanu naszym oczom ukazały się góry. Gdzieś tam, czekał na nas nocleg. Park Grampians przywitał nas ogromnym drzewostanem, pięknymi widokami i kangurami, które w Halls Gap - miejscowości, do której zmierzaliśmy - łaziły przy domach jak kury. Sama miejscowość wyglądała jak mazurskie letnisko, tyle... że w górach. Wynajęliśmy tu domek i rano zrobiliśmy kilka zdjęć. Andrzej miał zamówienie na kangura kicającego przez ulicę, więc robiłem za naganiacza, jednak kierowanie kangurem jest trudniejsze niż teściową kiedy pcha auto pod górę więc nie wszystko poszło jak trzeba. Jednak okolica wpłynęła na mnie bardzo kojąco. Zostawiłem ADHD w plecaku i zatopiłem się w dźwiękach lasu i promieniach wschodzącego słońca. To było magiczne miejsce. Z Grampians zahaczając o słynne wodospady (nie powinienem pisać, ale nie warto było) ponownie zjechaliśmy na równiny. Poprowadziłem wycieczkę do słonego jeziora Lake Hindmarsh jednak 36'C w cieniu, otwarta przestrzeń i brak dystrybutora pewnych popularnych napojów zupełnie nie przypadł im do gustu. Podobno w Wieliczce już byli :) wsiedli do autka i zaczekali, aż poskakałem nieco z radości, że jest tak gorąco i ładnie... ...cyknąłem kilka zdjęć z suchymi gałęziami w roli głównej (uwielbiam te suche gałęzie i drzewa) i ruszyliśmy dalej.
Po drodze zmagaliśmy się z myślą czy nie pojechać trochę wyżej do Broken Hills będącego bramą do pustyni, ale oznaczało to dzień więcej w podróży, dodatkowy nocleg i zrezygnowaliśmy. Dziś nieco żałuję, bo droga poniżej była totalnie nudna. O ile przed Parkiem Grampians świat aż po horyzont miał przecudny kolor zboża, o tyle tutaj były tylko krowy i step, setkami kilometrów. Jednak nawet tutaj znalazł się powód aby zatrzymać autko i pogapić się na coś. Zapewne niektórym z Was słowo Fallout mówi cokolwiek. Być może niektórzy nawet padają na kolana na sam dźwięk tego tytułu. Mogę z dumą powiedzieć, że to co widzicie to nie fragment grafiki komputerowej, ale autentyczna skrzynka na listy w realnym świecie. W świecie Fallaut'a oczywiście :) Pogrzebcie w internecie jeśli nie wiecie o co chodzi ;) 
Mimo, że kolejne zdjęcia to już winnice z okolice Sydney, na noc po drodze zatrzymaliśmy się w jeszcze jednej szczególnej miejscowości: Hay. Jest to mieścina z amerykańskich filmów o prowincji - jeden CPN, jedna knajpa i kilka moteli. Niby nic, nawet próbowałem namówić kolegów abyśmy zajrzeli do baru, gdzie wieczór spędzało całe miasteczko, żeby poczuć klimat, zintegrować się z lokalną społecznością, połamać kilka kijów bilardowych na czyichś plecach niestety... może następnym razem. Jednak Hay zapamiętaliśmy szczególnie z innego powodu. Już przy tankowaniu koledzy zwęszyli zagrożenie i do dystrybutora wysłali nawigatora, który zgłębiając adresy moteli niczego nie podejrzewał. Wyszedłem, wziąłem w dłoń dystrybutor i zastanowiłem się tępo nad ogromem świerszczy jakie po nim łaziły. Nie zraziła mnie też chmara stworzeń kołujących pod zapalonym halogenem, ale kiedy poczułem na plecach, szyi i nagich ramionach jednorazowy desant dziewięciu czy więcej owadów, zauważyłem, że te tłuściutkie kąski nie wyglądają jak świerszcze tylko karaluchy! Niezbyt miłe uczucie. Opanowałem pewien wstręt, otrzepałem pasażerów na gapę i pojechaliśmy do motelu. Tam niestety podobnie - pościel i łazienka biegały, a o szybę ciągle się coś rozbijało. Koledzy stwierdzili, że nocują w samochodzie, jednak po krótkiej eksterminacji przekonałem ich, żeby zostali. Zapewne nie była to ich najlepsza noc. Rano - i to baaardzo - uciekliśmy z Hay :) Wróciliśmy przez Góry Błękitne, całe w deszczu. Na dodatek prześwietliłem tu wszystkie fotki, bo mi się aparat przestawił więc nie ma po nich śladu w relacji. Wróciliśmy do Sydney. Jaka by to była galeria, gdyby nie pojawiła się tutaj opera? Oto więc jest.
Jest zdecydowanie mniejsza niż sądziłem i taka... taka... socjalistyczna? Jak spojrzałem na te cegły to przypomniały mi się złote lata PRL-owskiego budownictwa :) Kiedy się rozpogodziło złapałem cały port z pobliskiego mostu, na który można wejść i podziwiać widoki (i mam na myśli szczyt konstrukcji, a nie sam most) za drobne $215 - szok! Popracowałem więc nieco na kilku łajbach, ale i tak wystarczyło tylko na pizzę i colę. Rzuciłem robotę i przeniosłem się na jedną z przepięknych miejskich plaż. O dziwo, ludzi tu niezbyt dużo mimo środka lata. Szalejemy nieco w oceanie i robimy pieszą wycieczkę po skałach. Po drodze mijamy śliczny jasny cmentarz tuż nad klifami - miejsce jak sądzę, w którym każdy chciałby spocząć, jednak ceny kwater zapewne biją rekordy wszak to lokum z widokiem na morze, raczej rzadki przypadek wśród nekropolii. Jak na ogromne miasto kontakt z naturą jest namacalny... ...i wszechobecny. Jeden z ogromnych atutów tego kontynentu.
Samo miasto jest bardzo czyste i zachwyca kontrastami architektury. Szklane wieżowce sąsiadują tu... ...z pięknymi budynkami epoki brytyjskich kolonizacji. Większość chodników ma zadaszenia! Kolejka turystyczna krąży po centrum miasta zahaczając o port. Nie jest droga, a fakt, że przystanki i szyna wiszą kilka metrów nad ziemią dodaje jej atrakcyjności. Nocne zdjęcia zaczęliśmy od najsłynniejszej (podobno) na świecie budki z... hot-dogami! Faktycznie - zdjęcia do niej poprzyczepiane sięgają wstecz do lat bodaj pięćdziesiątych końca millenium. Są tam pałaszujący hot-dogi aktorzy, politycy i pewnie sam Elvis by się znalazł, ale nie przyglądałem się aż tak długo bo musiałem szybko znaleźć jakiś kosz. Mówiąc krótko - tego nie dało się zjeść. Ale czego się spodziewać po kraju, gdzie nie ma tak podstawowych rzeczy jak ciepły chleb i Pasztet Podlaski ;) Na drugi rzut poszła reklama ze znanym logo. Imponująca. Ogromna. Największa na południowej półkuli? Pewnie tak. Zrobiona z prawdziwych neonów i wciąż działająca.
Potem przyszła kolej na standardy :) Z przodu... ...i z tyłu (a właściwie z dachu hotelu). W następnej kolejności Tower! (tu za dnia dla lepszego oglądu). Grubo ponad 350 metrów wysokości. Nastawiliśmy się na ciekawe zdjęcia... ...jednak na górze czekał nas ogromny zawód. W szybach odbijało się oświetlenie wyjść ewakualcyjnych, toalet, restauracji i masy innych świecidełek. Na dobre zdjęcia nie było szans. Coś tam się jednak udało. ...i tutaj też.
Następnego dnia udaliśmy się na Dni Australii. Widać wyraźnie, że jest to dzień szczególny. Pozamykane ulice i wiele atrakcji. Ponieważ nie dało się normalnie jeździć zaparkowałem moje autko tuż obok innych pięknych zabytkowych samochodów ;) W okolicy portu, gdzie na wieczór zaplanowane były główne atrakcje od wczesnych godzin popołudniowych spotykaliśmy różnych kosmitów... ...lub babki dmące w klarnety stojąc na szczudłach. Założę się, że równocześnie w pamięci ćwiczyły tabliczkę mnożenia i tablice logarytmiczne. Ot taka wielozadaniowość. A oto Australia właśnie. Przeurocza para. Ta też. Czy ja ich skądś nie znam? Dziecku coś podobnego z książeczki uciekło... Tu nie ma parcia na robienie interesów przy okazji święta. Nie ma jak u nas, że sprzedają co się da i jak się da, a szef trzyma Cię w pracy pół dnia dłużej. Tam wszyscy (może poza Azjatami) wracają do domu, zabierają rodziny, koszyk i dobry humor po czym rozkładają to wszystko na trawie i korzystają z wyjątkowości dnia.
Te kolorowe kropeczki to tysiące mieszkańców w oczekiwaniu na wieczór, który zakończył się... pokazem sztucznych ogni i świateł laserowych przy głośnej muzyce. Na koniec targ rybny - Fish Market. Okropne miejsce, jednak pomiędzy tymi rybami znalazłem człowieka, który przy użyciu cud-urządzenia wyciskał z pomarańczy świeży sok wprost do litrowych i mniejszych butelek, które chwilę potem lądowały w lodzie. To była istna manufaktura, a sok kosztował tyle ile u nas w kraju. Smakował przecudownie, do tego stopnia, że wychyliłem od ręki półtora litra. To zabawne, że aż tak mi ten fakt zapadł w pamięci, ale czemu się dziwić - na Antypodach przecież  wszystko stoi na głowie....

najbliższe galerie:

 
Między  Górami   Błękitnymi a  Sydney
1pix użytkownik agra60 odległość 7 km 1pix
AU 98/99:  Sydney Fish Market
1pix użytkownik magdalena odległość 8 km 1pix
AU 98/99:  Sydney Mardi Gras
1pix użytkownik magdalena odległość 8 km 1pix
Nowa Zelandia + Australia 28.Sydney.
1pix użytkownik jotwu odległość 8 km 1pix
Nowa Zelandia + Australia 23.Sydney.
1pix użytkownik jotwu odległość 9 km 1pix
Sydney po raz pierwszy
1pix użytkownik krefcik2 odległość 9 km 1pix

komentarze do galerii (17):

 
irena2005n użytkownik irena2005n(wpisów:3033) dodano 28.02.2014 12:30

super...

raptorek użytkownik raptorek(wpisów:350) dodano 17.09.2012 23:56

Zibid - czujesz blusa ;) 4 i 6 bardzo lubię.
Dzięki Dispar.

dispar użytkownik dispar(wpisów:5391) dodano 17.09.2012 21:15

Przesympatyczna wycieczka.
Fotki coraz lepsze.
Podobało się mocno.
Pozdrawiam:)

zibid użytkownik zibid(wpisów:2270) dodano 17.09.2012 21:03

.................... i 29 dorzucam!!

zibid użytkownik zibid(wpisów:2270) dodano 17.09.2012 21:01

4, 6 i 12 najwyższych lotów - świetne.

patryk80 użytkownik patryk80(wpisów:4830) dodano 17.09.2012 12:26

Ogląda się i czyta z ogromną przyjemnością. Eh, pozazdrościć. Dziesiątka ode mnie

raptorek użytkownik raptorek(wpisów:350) dodano 16.09.2012 16:36

He, he... to wszystko jest proste Marku... jak się wie! :) Czyli na przykład teraz! Ja uwielbiam przygodowe podejście do podróży, ale co mam powiedzieć kiedy dla mnie przygoda się zaczyna, a kompani wracają do autka, odpalają klimatyzację i zamykają drzwi?
Myślę, że przyjęty przez nas wariant podróżowania nie był najlepszy, jednak z drugiej strony nie za bardzo dało się inaczej. Rano wsiadaliśmy do autka i jechaliśmy bardzo długo oglądając po drodze to, co udało się znaleźć w przewodnikach. Na noc zatrzymywaliśmy się, aby wcześnie rano znowu wyjechać i tak cały czas. Wiele miejsc wymagałoby wariantu z postojem na jeden pełny dzień, aby na spokojnie kontemplować pobliskie okolice. Niestety to wydłuża czas pobytu o 100% albo skraca trasę o 50%. Właściwie z góry należy założyć, że mając dwa tygodnie niczego się nie zobaczy, a jedynie lekko poczuje ducha Australii.
Kiedy następnym razem będę zwiedzał to piękne miejsce, będę po kilka dni spędzał w ciekawszych miejscach.

Aha, no i oczywiście z Hay wróciliśmy górą, bo inaczej wjechalibyśmy do Sydney od południa i nie mielibyśmy już możliwości zobaczyć Błękitnych Gór.

marek50 użytkownik marek50(wpisów:771) dodano 16.09.2012 15:39

W Grampians nie byliscie przy Balconies? W ogole tylko w Hals Gap??? Myslalem, ze bardziej przygodowo podchodziliscie do podrozy. Raptorku - Broken Hill nie zaluj - po prostu bylo za daleko i musielibyscie nadlozyc okolo 1 tys km. Poza tym to okolice BH sa ciekawsze, niz same miasteczko. Fota 9? ...hmmmm cos Ci sie kolejnosc pomylia, bo to jest juz za Hay, To dowod, ze z Hay pojechaliscie droga przez West Wayallong, niestety dluzsza , wolniejsza i nudniejsza :) Konwalia ma zdjecie tego samego artefaktu, ale robione w dzien i gdy jechalismy w odwrotna strone...zdaje sie , ze jakies 3, czy 4 dni przed Wami :)
Hay ma co najmniej 10 pubow! :) Satcji benzynowych jest tam tez minimum 10...no ale to juz nie brzmi tak fajnie.To miasteczko jest centrum handlu plodami rolnymi. W Blue Mts bylismy z Konwalia 3 razy i tylko raz na jakies 3 godziny chmury opadly na tyle, ze Irena mogla zobaczyc 3 Siostry. Najlepsze jest to, ze sam bylem tam ze 20 razy i nigdy!!! nie mialem tam deszczu, czy zaslaniajacych wszystko chmur :) Podobala sie Wam Bondi Beach? szkoda wobec tego, ze nie pojechaliscie na ktoras z malych plaz na polnocy Sydney. Bondi osobiscie nie cierpie, a tamte uwielbiam. Konwalia ma zdjecia tego cmentarza, ktory wspominales. W ogole bardzo szkoda, ze na jeden dzien nie zostawiliscie sobie auta na terenie samego Sydney. Na polnocy miasta jest Kuring Gai Chase National Park. Po prostu cudo!!!!...ale bez auta nie da sie tam dojechac :( W ogole polnocne Sydney jest ta zdecydowanie najpiekniejsza czescia miasta. Niestety od centrum jest dosyc daleko.
Ostatnimi laty wreszcie i w Australii jest doskonaly chleb...w pewnych piekarniach nawet lepszy, niz moglem znalezc w Polsce. Niestety w supermarketach jeszcze tego nie dostrzegli. Parowki sa rowniez doskonale, ale tylko w paru miejscach :) Pasztetu Podlaskiego faktycznie nie ma.
Aha! Z wiezy da sie zrobic dobre foty, ale trzeba sie przygotowac.

grace użytkownik grace(wpisów:3357) dodano 16.09.2012 14:13

Raptorku, zauwazyles bardzo duzo:) - o tym swiadczy komentarz pod zdjeciem 34.
Ludzie sa tu tolerancyjni i pokojowo nastawieni do siebie. Historycznie rzecz ujmujac, trudne warunki klimatyczne wymodelowaly system wspolistnienia, ludzi bylo malo, totez wzajemnie sobie pomagali. Sasiedzi razem budowali domy, razem stawiali ploty. Do dzis kazdy sie zatrzyma, gdy widzi kierowce w potrzebie, szczegolnie na drogach mniej uczeszczanych. Pewno i Was podczas jazdy pozdrawiano gestem uniesienia dloni nad kierownica. Australia to kraj ludzi naprawde przyjaznych:)
Ciesze sie, ze tu wrocisz, chleba nie kupuj w supermaketach ani na stacjach benzynowych - od tego sa piekarnie, albo delikatesy:) A pasztet przywiez, tez spobuje;)

raptorek użytkownik raptorek(wpisów:350) dodano 16.09.2012 13:13

Grace - Twoje uwagi są bardzo cenne - nie krępuj się :) ja wiem ile widziałem, ale to nie oznacza, że faktycznie coś wiem. Australijczycy wywarli na mnie bardzo dobre wrażenie, właśnie takim spokojnym, luźnym i rozsądnym podejściem do życia.
Co do jedzenia, niestety okropnie wybredny jestem i wyjazdy zawsze wiążą się z głodowaniem. Brak pieczywa był zaskoczeniem. Wszystko jest albo do tostera, albo do mikrofalek, ale dało się przeżyć. Oczywiście pasztet zabrałem ze sobą z Polski :)

Dzięki za komentarze dziewczęta :)

mgfoto użytkownik mgfoto(wpisów:6141) dodano 16.09.2012 09:58

Walące się domy tak bardzo mi nie przeszkadzają chociaż tu i ówdzie można by coś wykadrować. Jednak relacja przednia... pełna dramatyzmu i zaskakujących zwrotów akcji. Podziwiam! Tydzień w jednej galerii... W życiu nie nauczę się takiego dystansu do swoich fotek ;) Pozdrawiam

tama użytkownik tama(wpisów:3010) dodano 16.09.2012 08:10

9 takie nierealne, jak wyreżyserowane, 29 podoba mi się takie ujęcie. Dobrym rozwiązaniem jest ta kolejka w górze. Pozdrawiam :)

grace użytkownik grace(wpisów:3357) dodano 16.09.2012 04:06

Raptorku, mordercze tempo podrozy narzuciles, az sie zmeczylam ogladajac;)
26 stycznia to panstwowe swieto Australii, wiekszosc ludzi ma dzien wolny, a ze Australijczycy lubia sie bawic, tu kazda okazja jest dobra, by wyjsc z domu:) Australijczycy cenia sobie egalitarnosc, nie znosza zadecia, sa przyjaznie nastawieni, lubia luz i relaks na swiezym powietrzu.
Na plazach w ciagu dnia zobaczysz tylko desperatow, tutaj przed sloncem nalezy sie chronic. Wlasciwe godziny plazowania to: do 9 rano i od 3 po poludniu:)
Zgadzam sie z Toba, "tutejsze" parowki sa niejadalne, ale dobry chlebek juz znajdziesz, tylko musisz wiedziec, gdzie szukac.
To fakt, "kuchnia australijska" nie nalezy do najbardziej wyrafinowanych, ale narodowe kuchnie wielu emigrantow, skutecznie wprowadzily zmiany i w tej dziedzinie:)
O karaluchach nie bede sie wypowiadac, bardziej boje sie olbrzymich ciem:(
Przepraszam, za zbyt dlugi komentarz, swietnie sie czyta Twoje spostrzezenia o tym kraju, szczegolnie, ze ja juz zatracilam swiezosc spojrzenia:) Pozdrawiam serdecznie:)

chipsik użytkownik chipsik(wpisów:444) dodano 16.09.2012 00:37

Moje oczyska dziękują za fajne przedstawienie :) Pozdrawiam :)

anikm użytkownik anikm(wpisów:4509) dodano 16.09.2012 00:23

Bardzo ładna i interesująca galeria.
Wiele pięknych zdjęć (zwłaszcza w pierwszej części galerii) i ciekawe, wciągające opisy.
Nieco mniej podobają mi się zdjęcia miejskie (walące się budynki).
Zobaczyłeś wiele ciekawych miejsc.
Pozdrawiam serdecznie:)

pipol użytkownik pipol(wpisów:9047) dodano 15.09.2012 21:56

9 i 25 the best. Czasem mi nie leży format zdjęć. Ogólnie przezacnie. Pozdrawiam
aha, fafniasta ta środkowa pani z foto 22 :)))

konwalia użytkownik konwalia(wpisów:3259) - Użytkownik usunięty. dodano 15.09.2012 21:53

Zazdroszczę !
Relacja super,widoki piękne.
Pozdrawiam-)

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować. Jeśli nie jesteś członkiem społeczności, przyłącz się!