m s my mo ms
version_button
| rejestracja | przypomnienie hasła en pl
login: hasło:

zdjęcia w galerii (50):

 
I oto jest Dublin, specyficzna stolica specyficznego kraju! Coś szarego objawiło się na wprost naszych oczu - oto jest poszukiwany przez nas Trinity College (College Świętej Trójcy, założony przez królową Elżbietę I, dawniej udostępniony wyłącznie protestantom, żeby zwiększyć „analfabetyzm wśród głupiego, katolickiego narodu z Irlandii”, od pierwszej połowy XX w. otwarty dla studentów wszelkich wyznań). Znalazłyśmy w końcu wejście na dziedziniec kampusu akademickiego, a za nim pierwszą napotkaną tego dnia wycieczka. I tak powoli ku bramie Biblioteki Trinity College. Wnętrze budynku biblioteki Trinity College powitało nas sklepem z pamiątkami irlandzko - uniwersyteckimi. Zanim dotarłyśmy do wspomnianej wcześniej starej części księgozbioru, nasze oczy  zajęła wystawa „Turning Darkness into Light”  poświęcona najcenniejszej zachowanej księdze średniowiecznej Europy - The Book of Kells. Kells jest niewielkim miasteczkiem położonym niedaleko Dublina, w którym faktycznie odnaleziono ten pochodzący z przełomu VIII i IX wieku ewangeliarz, jednak jego autorstwo przypisuje się mnichom z opactwa na szkockiej wyspie Iona. Opuściłyśmy cichy teren Trinity College (podglądając jeszcze przez dziurkę od klucza fragment mszy w uniwersyteckiej kaplicy, wszak była niedziela), wpadając wprost na ruchliwe śródmieście miasta. Kilka fotek przy dwupiętrowych, turystycznych autobusach i… Jest Molly Malone!! Jest Molly Malone!!
W tym miejscu wypada wspomnieć ze dwa zdania na temat postaci z chyba najbardziej popularnego pomnika w Dublinie. Molly Malone była piękną handlarką owoców morza, która za dnia trudniła się sprzedażą żyjątek z zatoki dublińskiej, a w nocy też sprzedawała, tylko że coś innego… Zmarła bardzo młodo na chorobę zakaźną (!), lecz jej postać tak wryła się w pamięć dublińczykom, że postanowili postawić jej pomnik. I tak z kobiety lekkich obyczajów, Molly stała się kobietą, z którą „w dobrym zwyczaju” jest się sfotografować… Prosto od panny Malone trafiłyśmy na Grafton Street, ulicę drogich sklepów, kawiarni i deptak, na którym warto bywać w Dublinie. (...) Aha, znów spotkałyśmy kibiców… Tym razem już po meczu. Czas na zabawę! A jak zabawa to w Temple Bar. Wcale nie było nam tak łatwo dotrzeć do najmodniejszej dziś dzielnicy Dublina (choć jeszcze kilkanaście lat temu budziła raczej lęk niż chęć poznania). Narastający tłok i ruch uliczny też tego nie ułatwiał. Na Temple Bar weszłyśmy jakby bokiem, w jakąś niepozorną uliczkę, błądząc wśród narastającej liczby pubów i galerii...
... Właśnie puby… Od kilku godzin jesteśmy w Dublinie i jeszcze nie weszłyśmy do żadnego pubu! Gogarthy’s nas zachęcał (kilka fotek), ale zrezygnowałyśmy,... ...Temple Bar Pub przyciągał (kolejnych kilka fotek), ale postanowiłyśmy, że przyjdziemy jutro (dlaczego nigdzie nie słychać irlandzkiej muzyki?!). Małomiasteczkowy („Jesteśmy przecież w dużym mieście, a tutaj wszystko wygląda jak w małym miasteczku...”), a jednocześnie wielkomiejski urok tej kulturalnej dzielnicy, wkrótce został za nami… Witamy na północnym brzegu Liffey. Pierwsze zetknięcie z Polakiem (przepraszam, drugie, pierwsze było w sklepie spożywczym), pierwsze zetknięcie z Hindusem, pierwsze zetknięcie z legendą U2… I oczywiście bielutki, odmalowany mostek Ha’Penny Bridge! (nazwa tego mostka nie oznacza szczęścia, wzięła się od słów „half penny”, czyli pół pensa, bo tyle dawniej wynosiła opłata za przejście przez ten cud inżynierii.) I tu także pstryknięcie aparatu marki Samsung przeszyło kilka razy dubliński gwar.. Następny przystanek tego dnia: O’Connell Street - największa ulica (w każdym razie najszersza) Dublina. Tu odnalazłyśmy kolejne ewenementy irlandzkiej stolicy. Na samym środku drogi, mniej więcej w jednej linii stały: oszklona rzeźba Jezusa Chrystusa, pomnik Parnell’a (jeden z irlandzkich bohaterów, zresztą O’Connell to też bohater) i szpila… Na dodatek naszym oczom ukazał się dom weselny Happy Rings(!?)... ...oraz największy w Dublinie sklep z pamiątkami (sieci Carrol’s), w którym przymierzyłyśmy bardzo twarzowe kapelusze. Czy to trochę nie za dużo jak na jedną ulicę? Niech będzie to pytanie retoryczne… Czas wracać. Pan Joyce skierował nas na ulicę Talbot Street, którą miałyśmy dotrzeć wprost do dworca Connolly. Po drodze trafiłyśmy na kolejne polskie akcenty tego dnia (Dobro Polski Sklep, Dobro Polski Fryzjer), był nawet polski chleb (fakt ten przydał się w dalszej części podróży)!!
Dzielnica BroomBridge, właściwie przystanek w BroomBridge, okazał się jakimś brudnym, zaśmieconym peronem, z wymalowaną na betonie żółtą linią oraz równie żółtym napisem: „Keep behind the line”. Gdzieś w dole po drugiej stronie przystanku pływały łabędzie i faktycznie w okolicy był most, jednakże jakiś taki lichy… Na słupie przybity został chyba z kilka lat temu obdrapany obecnie rozkład jazdy, a chmury nadciągające nad miasto potęgowały wrażenie ogólnej szarości. Gdzie jest ta kolejka…??! Błądząc po jakichś „zakazanych” dzielnicach z nazwami ulic typu Summerhill, natrafiłyśmy na zakątki, na których widok Aga wydała z siebie coś na wzór: „Uliczki! Moje piękne uliczki…!” Oczywiście kilka fotek w „cudnych uliczkach”, kilka fotek osobliwości tychże miejsc (na trawnikach mieszkańcy prezentowali symbole narodowe Irlandii). Natrafiłyśmy między innymi na żwirową koniczynkę, żwirową harfę, nie wspominając o wystawach w oknach, złożonych prawdopodobnie z bibelotów zakupionych w sklepach z pamiątkami z Eire… Wybrnęłyśmy w każdym razie z labiryntu „pięknych uliczek”, wchodząc w równie „piękne” ulice dzielnicy emigrantów, głównie pochodzenia azjatyckiego. Ale po raz pierwszy od przyjazdu znalazłam na wyłożonych przez nich straganach banany, znalazły się również kolejne polskie sklepy (z polskim chlebem za 2 euro), a tłum gęstniał i gęstniał… Jesteśmy na O’Connell Street. Muzeum Literatów Dublińskich to niewielka, dwupiętrowa kamienica, wciśnięta między coś jakby kościół (po centrum informacji turystycznej z dnia poprzedniego miałyśmy już wątpliwości), a kilka sąsiadujących z nią, bliźniaczych domów, położonych na jednej z bocznych uliczek odbiegających na zachód od O’Connell Street. Muzeum mieści zaledwie chyba ze trzy, cztery sale (plus bibliotekę), w których przy pomocy audioguide’a można podziwiać pamiątki pozostawione po literatach związanych z Dublinem, jak również z pozostałą częścią Irlandii. Gdzieś pośród brązowych bloków Bride Street (ładna nazwa, prawda?) dostrzegłyśmy wreszcie strzelistą wieżę Katedry Świętego Patryka. Kilka fotek z katedrą (znów „Jakie ładne masz zdjęcie…”), na otaczającym ją skwerku i trochę historii...
...Katedra z XII wieku poświęcona patronowi Irlandii pełni dzisiaj funkcję świątyni kościoła anglikańskiego, a pierwotnie została założona podobno w najstarszym chrześcijańskim punkcie zielonej wyspy. Mówi się, że w miejscu jej położenia znajdowała się studnia, której wodą święty Patryk chrzcił miejscowych pogan. Ile w tym prawdy, nie wiem, faktem jest, że w jej murach czuć ducha Starej Irlandii, ducha najważniejszego irlandzkiego świętego i aż żal, że katedra została odebrana katolikom… Słońce nad Dublinem świeciło coraz intensywniej, a niezwykle silny wiatr targał naszymi ubraniami na wszystkie strony, przez co obrane tego dnia szlaki wydawały nam się jakieś wyjątkowo długie. Uświadomiłam sobie wówczas, że mój ambitny plan sprzed przylotu, żeby zejść Dublin w jeden dzień, jest krótko mówiąc, raczej nierealny. Wróciłyśmy w końcu pod Kościół Chrystusa Pana, nie mając już siły na zwiedzanie kolejnej anglikańskiej (!, co jest, podobno to katolicki kraj?) świątyni. Kilka fotek przed wejściem do kościoła (był tam piękny, romański portal) i biegniemy na zamek! Zamek dubliński jest dziś w głównej mierze bardziej pałacem z XVIII wieku, niż prawdziwym średniowiecznym zamkiem, jednakże zachowały się w nim jeszcze relikty dawnej świetności. Pierwotnie zbudowali go Normanowie na początku XIII wieku, tworząc budowlę na planie prostokąta z wewnętrznym dziedzińcem i czterema masywnymi wieżami na zetknięciu poszczególnych skrzydeł. Obecnie można podziwiać jedną ocalałą wieżę (Record Tower, znajdująca się, o ile się nie mylę, w południowo - wschodniej części zamku), do której przylega kaplica zamkowa. Jesteśmy ponownie na Temple Bar, z plecakami, aparatem, kamerą i zapałem do zwiedzania pubów (gdzie wreszcie usłyszymy irlandzką muzykę??!). Chcąc nadrobić zaległości pierwszego dnia, zapuszczamy się w kolorowe ULICZKI najmodniejszej dzielnicy Dublina, szukając przy okazji obiektów z przewodnika. „Wall of Fame” jest, kilka fotek z Bono, Sinead i ich kumplami, dalej już z lekka podniszczony budynek z czerwono - niebieskim graffiti  i docieramy do głównej ulicy Temple Bar Street, spragnione irlandzkiej muzyki na żywo i smaku Guinness’a prosto z beczki. W Temple Bar Pub, sztandarowym czerwonym pubie dzielnicy, Aga wypija pierwszego PRAWDZIWEGO Guinness’a (ja wzięłam tylko łyka ze względu na przeziębione gardło; PYCHA!), z głośnika leci U2 (niestety nie na żywo), przepraszam, ale gdzie ta oferowana na szybach pubów Irish Music Live All Day??!! No i zatopiliśmy Dublin „…wstępując na rozległą przestrzeń oceanu…” ciemnozielonego, falującego krajobrazu gór Wicklow. Niebo zasnuło się chmurami przepuszczając tylko niekiedy jasne palce promieni słonecznych. Za szybą drugiej strony autokaru roztacza się rozległy widok na zbocza góry pokrytej gęstym lasem, a w dolinie między dwoma wzniesieniami rozpoznajemy znany nam z sielankowych obrazków Irlandii odcień zieleni i stado pasących się bielutkich owieczek… W związku z wyraźnym poruszeniem części autokaru, kierowca organizuje krótki postój „na zdjęcia”.
Kierowca ogłasza około dwudziestominutową przerwę na kawę, a my podekscytowane udajemy się w okolice kościółka na pobliski, niewielki… cmentarz! Właściwie nie przyciągnął nas tam fakt, iż niewątpliwie był to cmentarz (na dodatek niemieckich żołnierzy, jak się ostatnio dowiedziałam), tylko krzyże, KRZYŻE CELTYCKIE! Zwłaszcza jeden… Na szczycie pagórka cmentarnego (cmentarz rozpościerał się na zboczu) stał wysoki na jakieś prawie 3 metry, delikatnie rzeźbiony krzyż. ...i dodatkowo odnalazłyśmy tam (właśnie pod rzeźbionym krzyżem) rozległą kępę modelowej irlandzkiej KONICZYNY! Chociaż później zwątpiłyśmy w jej prawdziwość, bo koniczyna okazała się być… szczawikiem zajęczym. Aga jednakże zabrała kilka liści do Polski dla znajomych, mając nadzieję, że się nie zorientują (roślina naprawdę wyglądała modelowo). Nawet Melinda się nabrała… („Koniczyna! Skąd wzięłyście koniczynę?! A… z cmentarza… Ups!”) Przyznam się szczerze, że koniczynę i tak przywiozłam… ale polną i zebraną z polany niedaleko budynku centrum w Glencree. Zbocza gór tym razem gęstniały od krzewinek i wrzosu, którego sino - fioletową barwę przybraną o tej porze roku dodatkowo potęgowała szarość nieba zasnutego gęstymi warstwami obłoków. Na przełęczy pasażerowie wygramolili się ponownie z autobusu, by zachować na zdjęciu choć część z niezwykłego widoku, który kilka minut wcześniej ukazał się naszym oczom. Pod nami usiana... kolorowymi kwadratami dolina Glencree, wciskająca się pomiędzy dwa podłużne szczyty, przed nami wąziutki pas jezdni i rozległe, falujące dywany ciemnofioletowego wrzosu. I odtąd zaczęła się magia… ...nagle na tym odludnym, jakby zapomnianym nawet przez Pana Boga kawałku ziemi ukazały się dwie albo trzy... owce. Ku zdumieniu naszego kierowcy, wszyscy z szerokim uśmiechem i szczerym uradowaniem przylgnęli do szyb lewej strony autokaru („Owce!”, „Sheeps!”, „Dziewczynki! Kochane…”), prawie przechylając pojazd na jedną stronę. Oszołomiony reakcją pasażerów John - Sean otworzył pospiesznie drzwi autokaru, wydając z siebie tylko rozlegające się echem „Beee…! Beee…!” Mijaliśmy właśnie rzędy dorodnych świerków, gdy nagle gwałtowne zahamowanie autokaru wyrwało nas wszystkich z błogiego nastroju. Zdenerwowany i przerażony John - Sean wybiegł pospiesznie z pojazdu, podbiegając jakby do kogoś w krzakach na poboczu. Byłam na 80 parę % pewna, że przejechaliśmy kogoś. Tymczasem kierowca wbiegł z impetem do autokaru, wyjmując z drżących dłoni maleńki, zielony kubraczek… „O nie! Przejechaliśmy LEPRECHAUNA!!” Po chwilowej konsternacji, chyba wszyscy pasażerowie po prostu zaczęli się śmiać. A niech to! Irlandzkie poczucie humoru... Gdzieś na prawo połyskiwało w przebłyskach promieni słonecznych jezioro, tworzące z oddali jakby lej pomiędzy ciemnymi sylwetkami gór. Paul McCartney stał nad brzegami Lough Tay, kiedy nagle przyszła mu na myśl melodia i słowa piosenki: Yesterday, all my trouble seems so far away…” - John - Sean był niezastąpiony. Hmm, wcale się nie dziwię, że w takim miejscu „all trouble seems so far away” (wszystkie problemy wydają się być tak odległe). Swoją drogą to ciekawe, że moja ulubiona piosenka Beatless’ów powstała właśnie w górach Wicklow…
Autokar ponownie wyruszył w drogę, pozostawiając za sobą ostatnie na dzisiejszej trasie niezamieszkane obszary gór Wicklow… Zjechaliśmy w sielską dolinę, słońce właśnie rozświetliło dalszą część naszej drogi, a krajobraz zmienił się nagle w standardowy obrazek irlandzkiej wsi. Nagle znad drzew dało się dostrzec charakterystyczny spiczasty wierzchołek wieży, autobus stanął i już było wiadomo… oto Glendalough, monasterium Świętego Kevina liczące prawie piętnaście wieków!! (...) Dookoła pochylały się groby z różnych okresów, będące cichym świadectwem wielowiekowej obecności człowieka na tym skrawku ziemi. Przed nami wyrosła strzelista bryła wieży, której unikalny kształt spotykany jest wyłącznie na Zielonej Wyspie (takich wież, nie zawsze kompletnych zachowało się w Irlandii kilkadziesiąt, ich cechą charakterystyczną jest podłużny kształt ze stożkowatym dachem, wyglądają trochę jak…kredki), które dawniej pełniły przede wszystkim funkcję obronną (wejście do wieży znajdowało się na wysokości od 2 do 4 metrów od podłoża). „Kto zgadnie, jak wysoka jest ta wieża?” „33 metry” - wydusił jakiś przestraszony turysta z naszej grupy. „A skąd wiesz? Z przewodnika?” Udaliśmy się do ruin katedry, która dziś jedynie przywołuje pamięć o dawnej świetności resztkami ścian i nagrobków w podłożu. Ale to właśnie tam John - Sean powiedział słowa, którymi można byłoby opisać Glendalough, ale również przełęcze górskie pozostawione już daleko za nami. „Słyszycie? To wiatr… I ŚWIĘTA CISZA…” Zwiedzaliśmy właśnie Kuchnię Świętego Kevina (najlepiej zachowany kościółek w obiekcie), kiedy John - Sean wdał się w dyskusję z Agą, wychwalając jej świetny angielski i typowo polską urodę (tak stwierdził). Mi pozostało tylko się przyglądać i słuchać… Opuściłyśmy wkrótce mury Glendalough, planując zobaczyć znajdujące się w okolicach monasterium jeziora Low Lake (Jezioro Dolne) oraz Upper Lake (Jezioro Górne; Glendalough oznacza właściwie „dolina dwóch jezior”). (...) Górne Jezioro ostatecznie okazało się być troszkę mniej pięknie niż na zdjęciach w przewodnikach (może to wina pogody, czytaj: światła?), przez co Aga była rozżalona, że nie zostałyśmy dłużej w ruinach. Ale drugiego takiego jeziora, nad którym Święty Kevin udusił kuszącą go kobietę, to Agnieszko nie znajdziesz...
Między zalesionymi wzgórzami dostrzegamy zarys wiejskiego kościoła, a na drugim brzegu rzeki przebijają się kolorowe rzędy domków. To na pewno Avoca…  Właściwie nieduża, urokliwa wioseczka, z jednym kościółkiem, jednym barem, jednym pubem, jednym budynkiem poczty i z przędzalnią wytwarzanych ręcznie wełnianych swetrów. Ale to wszystko jest niczym w oczach z połowy społeczności przybywającej do kolorowej Avoca. W latach 90 - tych na ekranach wyspiarskiej telewizji, pojawił się serial, opowiadający podobno perypetie pewnego księdza... Udałyśmy się jedyną uliczką z dwoma rzędami kolorowych domków do pubu Fitzgerald’s, który o dziwo, jest znany podobno w całej Irlandii i nagminnie umieszczany na wszelkiego rodzaju pocztówkach typu „Irish Traditional Pubs”. Czy już pisałam, jak powinien wyglądać PRAWDZIWY irlandzki pub? Siedzimy w autobusie relacji Dublin - Galway (autobus oczywiście nie podjechał punktualnie, ale w Irlandii to nic nigdy nie wiadomo), w pierwszym rzędzie po prawej stronie. W autokarze wita nas łysawy, śniady kierowca około 30 -stki (”O, jesteście z Polski?! A ja z Albanii…”), dwa rzędy za nami po drugiej stronie pojazdu przysiada kolejny Polak, reszta pasażerów powoli, nie spiesząc się (wszak byliśmy na Zielonej Wyspie) zajmuje pozostałe miejsca. Wyjeżdżamy z kilkunastominutowym opóźnieniem z przebudzającego się właśnie do życia, spowitego w deszcz Dublina… Na niewielkich poletkach pasły się krowy, konie (Aga zrobiła nawet zdjęcie takiemu „stadu koni” dla jej koleżanki Marty, które przy powiększeniu okazało się być stadem… krów), miasteczka nabierały kolorów, a nam zdawało się, że już czujemy rześki wiatr od Atlantyku… Cóż, ten rześki wiatr niejako pomógł nam potem w opresji. Ale póki co jedziemy. A czas mija... Aga próbowała dowiedzieć się, z jakiego właściwie przystanku odjeżdża nasz autobus do Limerick. Problem w tym, że w promieniu niecałych 10 metrów znajdowały się dwa przystanki autobusowe, na jednym i drugim wisiał bardzo podobny rozkład jazdy (rozkład jazdy, a to sensacja!), a postoje różniły się jedynie ulokowaniem: pierwszy był usytuowany na tej samej ulicy, co nasz hostel, drugi na drodze do niej prostopadłej. Przepraszam, gdzie staje autobus do Limerick/Killarney? A najgorsze było to, że w kwestii właściwego miejsca postoju autobusów do Limerick każdy z mieszkańców miał inną wersję!! Cud wydarzył się po raz trzeci. Dobiegała godzina wpół do siódmej wieczorem, kiedy opuściłyśmy na chwilę samochód pani Key na płatnym parkingu nieopodal klifów. Na horyzoncie zaczynało powoli zmierzchać, a wiatr od oceanu plątał naszymi włosami ze zmożoną siłą, kiedy zbliżałyśmy się do widoku tego, na co tak bardzo czekałyśmy przez cały dzisiejszy dzień...
„All I ever wanted in my life was a house ...on the ocean…” (Wszystko, czego zawsze pragnąłem/-nęłam w życiu, to dom na oceanie…) Cliffs of Moher - Klify Moher, potężne, nieprzejednane i nieosiągalne… W odniesieniu do przebiegu tamtego feralnego dnia, jakże osobistego dla nas znaczenia nabrały te wszystkie cechy ujrzanego właśnie niewątpliwego cudu natury. Znany dobrze widok ze zdjęć różnego pochodzenia wreszcie ukazał się także i naszym oczom. Aga jak szalona biegała w pobliżu krawędzi klifu, śmiejąc się do aparatu, w końcu i ja stanęłam tam, pozując z nią wspólnie do fotosów w zielonym, przemoczonym kapturze z antenką a’la Teletubiś… (...) Odjechałyśmy z parkingu przy klifach, zwracając Key obowiązkową opłatę za postój (8 euro). Ja, śpiąca i zmoknięta, z zaliczoną wreszcie wizytą w podziemnej toalecie, Aga szczęśliwa i przemoczona, z kolekcją roześmianych zdjęć z Moherami. Z rana Lisdoonvarna wydawała się jeszcze sennym miasteczkiem, które odpoczywało po atrakcjach wieczoru organizowanych cyklicznie z okazji odbywającego się wówczas Festiwalu Swatów. Festiwal ów przypada corocznie na wrzesień, kiedy do Lisdoonvarny w myśl podobno dawnej tradycji zjeżdżają panny i kawalerowie z pobliskich miejscowości (jak widać również z Polski…), spotykając się i bawiąc wspólnie na wszelkiego rodzaju potańcówkach, spotkaniach w pubach itp. Po obu stronach szosy barwne rzędy pubów i sklepików krzyczały do nas hasłami pełnymi miłości. Na jednym z takich frontów starszawy pan z przydługimi, siwymi włosami i równie siwą, gęstą brodą uśmiechał się z rysunkowego plakatu trzymając w ręku szklankę i coś jakby chleb, otoczony przy tym parą pucułowatych amorków. „Some matches are made in heaven but the best ones are made in Lisdoonvarna”. Jak po chwili zauważyłyśmy, stałyśmy pod legendarnym barem swatów „MATCHMAKER”! Po prostu „Love is in the air…” I jak tu nie kochać Irlandii… Główną część miasteczka wypełniał niewielki plac ozdobiony rzeźbami irlandzkich muzykantów i tańczącej przy ich akompaniamencie pary (bliski nam akcent), zaś na rogu skrzyżowania dwóch szos ulokowano sklep spożywczy, w którym odnalazłyśmy poszukiwaną poprzedniego wieczoru Polkę. Nagle za oknem autokaru ukazał się widok, który właściwie skądś już znałam… Rozległe, podzielone szachownicą kamiennych murków pastwiska zieleniły się co najmniej kilkoma odcieniami koloru nadziei, gdzieniegdzie wzbogaconymi ciemną bielą pojedynczych, identycznych domeczków, przy drodze pasły się leniwie krowy, a w oddali połyskiwała niebieska, wzburzona jasnymi grzywami fal toń wody… Tak, to przecież Atlantyk!
Popołudnie, które właśnie przeprowadzało nas w irlandzkim autobusie ku bramom Limerick, zdawało się jakby zadośćuczynić nam za wszelką szarość, która zasnuła nasze drogi i marzenia w dniu poprzednim. Aga bez opamiętania robiła zdjęcia, a ja kolejny raz próbowałam opanować drżenie dłoni trzymającej kamerę, pragnąc zarejestrować choć trochę z obrazów i dźwięków, które w tamtym momencie tak bardzo zawładnęły naszą uwagą. „Oooo…!” na widok bielutkiego domku z papy, krytego słomianą strzechą. „Atlantic Ocean…! skierowane ku spienionym brzegom oceanu. „O Boże! Jak pięknie…” I tak oto CZTERDZIEŚCI ODCIENI ZIELENI objawiło się niespodziewanie źrenicom moim i Agnieszki w ten czwartkowy, wrześniowy dzień na drodze między Lisdoonvarną a Limerick…
C.D.N. ;)

najbliższe galerie:

 
Dublin
1pix użytkownik muczacza odległość 1 km 1pix
Irlandia. Pet Expo 2009
1pix użytkownik olivia odległość 1 km 1pix
DUBLIN
1pix użytkownik andrew430 odległość 1 km 1pix
Dublin i okolice
1pix użytkownik nola76 odległość 1 km 1pix
A Magic man on the street in Dublin. . .
1pix użytkownik margaret7410 odległość 1 km 1pix
Dublin - Baile Átha Cliath
1pix użytkownik dsk odległość 1 km 1pix

komentarze do galerii (6):

 
piotr54 użytkownik piotr54(wpisów:788) dodano 03.01.2013 14:14

Interesująca galeria.

heidi użytkownik heidi(wpisów:149) dodano 03.01.2013 13:19

Dziękuję za wszystkim za odwiedziny, a pipolowi za zwrócenie uwagi w kwestii długości komentarzy. Już poprawiłam :).
Pozdrawiam :D!!

patryk80 użytkownik patryk80(wpisów:4792) dodano 03.01.2013 10:37

Interesująca opowieść. Dobrze zrobiłaś, że zamieściłaś tę galerię. A Autorka zdjęć zapewne też nie ma za złe

pipol użytkownik pipol(wpisów:8872) dodano 03.01.2013 09:04

W kliku miejscach za długi tekst pod zdjęciami został ucięty niestety. pozdrawiam

grace użytkownik grace(wpisów:3357) dodano 03.01.2013 00:25

Bardzo sympatyczny pamietnik ilustrowany:)
Pozdrawiam:)

paweller75 użytkownik paweller75(wpisów:7220) dodano 02.01.2013 23:30

Moherowe klify the best, moje marzenie :) Pozdrawiam.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować. Jeśli nie jesteś członkiem społeczności, przyłącz się!