m s my mo ms
version_button
| rejestracja | przypomnienie hasła en pl
login: hasło:

zdjęcia w galerii (50):

 
Wjechaliśmy na most zawieszony ponad starą, dobrą Shannon, a gdzieś po lewej stronie mignął przelotny obraz zamku króla Jana, na brzegu z kolei naszym oczom ukazały się spowite w cień ciemnych szaro - sinych chmur rzędy jednakowych, równie szarych kamienic. Tak, to z pewnością Limerick… Jeśli można jakoś wyobrazić sobie irlandzkie „miasto zabójców”, to chyba właśnie w takiej postaci. Aga pospiesznie wyciągnęła niezawodny jak dotąd aparat, pełna podekscytowania, że być może uda jej się zobaczyć prawdziwe tło wydarzeń „Prochów Angeli”. Błądziliśmy po ulicach miasta, wypatrując za szybą choć trochę z kolorytu poznanych wcześniej irlandzkich miasteczek, czy choćby śródmieścia Dublina. Limerick przez ten krótki moment przejazdu ukazało nam się jako dość ponure, zaniedbane miejsce, a wrażenie takie potęgowały dodatkowo wiszące nad miastem warstwy deszczowych chmur… Aga wróciła z toalety w dziwnie dobrym humorze. „Widzisz tamtą niebieską tablicę zawieszoną niedaleko wejścia do wc? Przeczytaj, co tam jest napisane…” Spoglądam uważnie: „JESUS SAID: I AM THE WAY, THE TRUTH, AND THE LIFE: ...NO MAN COMETH UNTO THE FATHER, BUT BY ME /John 14, 6/” (Jezus powiedział: Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem: każdy kto przychodzi do mego Ojca, przychodzi przeze Mnie /Jan 14, 6/). Zatkało, co? Pamiętaj: żarliwa wiara irlandzkiego narodu przypomni ci o tym co najważniejsze nawet wtedy, gdy cię po prostu „przyciśnie”… Być może trudno w to uwierzyć, ale w odległości około 15 kilometrów od posępnych budynków Limerick rozciąga się niewielkie miasteczko, właściwie wioseczka założona podobno w czasach wiktoriańskich, skupiająca w sobie prawdopodobnie najbardziej urokliwe przykłady domów rodem z sielskiej prowincji angielskiej.(...) Niestety większa część domków znajdowała się za szybą drugiej strony autobusu. Aga chcąc nadrobić „straty” w liczbie zdjęć, obfotografowała w zamian ze wszystkich stron miejscowe opactwo, które dumnie wyrastało pośród kolorowych budyneczków z pelargoniami w oknach… Wkrótce niebo ponownie zasnuło się chmurami, a coraz bardziej zielone, falujące delikatnie zarysowanymi pagórkami hrabstwo Limerick powoli żegnało nasz biały, średnio załadowany autokar z rysunkiem setera irlandzkiego widniejącym na bocznych ścianach czterośladu linii BusEireann. Jedziemy na RING OF KERRY!!! (...) Zauważyłyśmy, że przy parkingu znajduje się parterowy budynek przypominający pub (w istocie był to pub), a po prawej stronie postoju stało wejście do jakiegoś „tajemniczego” obiektu o nazwie „BOG VILLAGE”. Okazało się, że to zbiór tradycyjnych, wiejskich, irlandzkich chałup (tym razem na pewno irlandzkich), stanowiący coś jakby skansen. Wstęp do tego „cudu” około XIX - wiecznej miejscowej architektury kosztował 4,5 euro, a do odwiedzin zachęcało dwóch sympatycznych mężczyzn, mówiących z charakterystycznym zaśpiewem. „Idziemy…?” „Idziemy!” I klamka zapadła…
Po chwili stałyśmy wśród bielutkich, jednoizbowych domeczków krytych strzechą (jak już wcześniej wspominałam, w bardzo charakterystyczny sposób), z zewnątrz różniących się jedynie kolorem drzwi i ram okiennych oraz tabliczkami z nazwiskami przypuszczalnie byłych właścicieli. We wiosce natrafiłyśmy oczywiście również na stajnię, stodołę, jak i nieodłączny element irlandzkiej infrastruktury, czyli sklep z pamiątkami (!). Na skrawku przegrodzonego drewnianymi balami pastwiska wylegiwały się długowłose konie brązowej maści („Ojej, koniki moje… Kochane…” Psssstryk!). Wnętrza, pomimo białych ścian, były ciemne i gdyby nie otwarte przed odwiedzającymi non stop drzwi wejściowe, przez niewielkie okienka wpadałoby do środka naprawdę niewiele światła. Na każdym wejściu wisiała podkowa, mająca pewnie zapewnić szczęście gospodarzom poszczególnego domostwa. Jedynie jeden z domów miał charakter wielorodzinny, odznaczając się dodatkową jakby antresolą z parą dwuosobowych łóżek (w dolnej części również stały dwa podwójne łoża, pewnie mieszkało tam co najmniej osiem osób). Nasz wycieczkowy pojazd nagle stanął na rozległym parkingu znajdującym się przy niewielkim „na oko” obiekcie, położonym niedaleko jeziora Caragh. Gdzie my jesteśmy? Za Killorgin następną miejscowością miało być Glenbeigh. Ale na miasteczko to coś nie wygląda… Kierowca zarządził kilkanaście minut postoju, a my nie bardzo wiedząc, co począć, zaczęłyśmy fotografować ciemne sylwetki gór rozpościerających się dookoła, gdyż miejscowy krajobraz naprawdę wydawał się na swój sposób prawie księżycowy. (...) Tak, powoli Pierścień Kerry zaczął omamiać nas swoimi urokami… Na zakończenie naszego postoju między Killorgin a Glenbeigh zaszłyśmy jeszcze na chwilę z Agą do miejscowego pubu, pragnąc przekonać się, jak na takim prawie pustkowiu funkcjonują tego typu miejsca. Pub wewnątrz wyglądał całkiem, całkiem, był połączeniem pubu, kawiarni („Irish coffee! Irish coffee, tutaj…!”), sklepu z pamiątkami i lokalnej świetlicy. Tabliczka z napisem „Guiness is good for you” także dumnie dyndała na jednej ze ścian, dając do zrozumienia, że właśnie znalazłyśmy się w jakby prawdziwym (podkreślam: prawdziwym!), irlandzkim pubie…
W końcu byliśmy już tak blisko krawędzi brzegu, że niepożądane bariery drzewne zniknęły, a w zamian rozpościerał się przed naszymi oczami rozległy widok na spokojną, spowitą w pastelowe odcienie szarości Zatokę Dingle i przykryty czapą chmur Półwysep, również Dingle. Ciemno brunatne klify schodziły łagodnie ku wodom, gdzieniegdzie zwiększając stromiznę rozmytych falami ścian… Z związku ze spontaniczną, radosną reakcją pasażerów („Oooo…!!!”), kierowca zatrzymał autobus, umożliwiając wszystkim chętnym uwiecznienie na zdjęciach pierwszego w tym dniu widoku wybrzeża. „Niech już tylko pogoda się nie pogorszy…” Z błagalną prośbą wsiadłyśmy ponownie do wycieczkowego wehikułu, coraz bardziej ciekawe, co też spotka nas za kolejnym zakrętem. A za kolejnym zakrętem… ...czekały owce! Tak konkretnie to biletowany (a jakże!) punkt tradycyjnego wypasu owiec. Za opłatą chyba z 4,5 euro można było zobaczyć w ogrodzonym siatką poletku trawy odmiany owiec z różnych części Europy, a tuż obok znajdował się zadaszony podest dla turystów, przeznaczony do obserwacji pokazu prezentującego przy pomocy miejscowego pasterza, dwóch psów pasterskich i stada owiec o czarnych mordkach, jak wygląda w tych stronach wypas tychże zwierząt… Tak, zdecydowanie Irlandczycy są mistrzami w tworzeniu atrakcji turystycznych! Po krótkim zapoznaniu się z częścią pokazu (bo był dość długi, zwłaszcza opowieści pasterza), postanowiłyśmy powrócić do stada międzynarodowej owczej grupy, wylegującej się nieopodal wejścia na teren biletowany. Pozostawiając „dziewczynki” i pozostałą część grupy słuchającej wciąż trwającego pokazu, udałyśmy się na pustą szosę obwodnicy, patrząc z narastającą radością (ale i zdumieniem), jak wszystkie towarzyszące nam od rana chmury odpływają ku zapomnieniu gdzieś nad Atlantyk, a nad całym hrabstwem Kerry zaświeciło jasno południowe, otoczone błękitnym niebem słońce… Święty Patryk jednak nas lubi. Przed nami w dolnej części skarpy rozpościera się widok na wychodzące „palczasto” w zatokę skrawki lądu miejscowości Kells (to już drugie Kells w Irlandii, ale nie te od średniowiecznej księgi, choć kierowca właśnie mówił zupełnie coś innego!). Wybrzeże obfituje w tej chwili w takie bogactwo barw, że trudno oderwać nam wzrok (i obiektywy sprzętu marki Samsung) od okiennych szyb.
Powoli wody Zatoki Dingle nikną pośród szerokich połaci lądowych wrzosowisk, a autokar wjeżdża pomiędzy mieniące się ferią kolorów wzniesienia, na które kładą szerokie cienie resztki obłoków sunące niespiesznie nad Półwyspem Iveragh. Jest tak pięknie, że nie wiemy, w którą stronę autobusu spoglądać. „Po prawej mijamy kościół poświęcony pamięci Daniela O’Connell’a…” kierowca z zapałem opisywał kolejne obiekty w Cahersiveen, do którego właśnie wjeżdżaliśmy. Cahersiveen to nawet dość duże miasteczko, położone w północno - zachodniej części Półwyspu Iveragh, słynące głównie z osobliwego budynku dawnych policyjnych koszar (Barracks Heritage Center), przypominających zmniejszoną wersję bawarskiego zamku oraz z przeprawy na znajdującą się już na Oceanie Atlantyckim wyspę Valentia. Czując trzeszczące pod butami kamienie, zmierzałyśmy na bliskie spotkanie z oceanem. Wreszcie… Nagle przy terenach szkoły otoczyła nas grupa roześmianych zawadiacko, w większości rudych nastolatków (góra czternastoletnich), ubranych w identyczne mundurki. „Czy macie papierosy?” przekrzykiwali się wzajemnie, patrząc na nas jak na oddział pomocy nikotynowej. PAPIEROSY??!!!! No nie!! Globalizacja i ...jej złe nawyki są naprawdę powszechne… „Nie, nie mamy papierosów”, „Nie, nie palimy” odpowiedziałyśmy wyraźnie zawiedzionym dzieciakom. „Łeee…” „A możemy wam zrobić zdjęcie…?” Aga szybko wykorzystała sytuację. „Jasne!!” Już po chwili na karcie pamięci aparatu Agnieszki znalazły się dwie nowe fotografie grupy rozradowanych, pozujących na agenta 007, rudych irlandzkich nastolatków z Cahersiveen… Stoimy na kamienistej plaży pośród łanów wyrzuconych na brzeg żółto - pomarańczowych wodorostów... ...Jest spokojne, słoneczne popołudnie, rześki wiatr od oceanu rozwiewa nam włosy, a kilka centymetrów dalej spokojne wody zatoki Atlantyku falują delikatnie, wyrzucając na mokry żwir muszle w kształcie serca...
...W oddali zakrzywiają błękitny horyzont łagodne kopuły stoków Valentii, gdzieś z drugiego kierunku dobiegają radosne okrzyki dzieciaków z miejscowej szkoły. Chwilo trwaj… Rozkładamy z Agą szeroko ręce, pragnąc pochwycić choć trochę z uczucia spokoju i wolności unoszącego się z każdym powiewem słonej bryzy. „Sometimes I wish I were an angel (…) Oh, I wish I were he...” Ocean wdzierał się wszelkimi sposobami w przestrzeń lądu, tworząc podłużne, widłowate zatoczki, co rusz opadające stromymi brzegami do wody, a białe domki odległej miejscowości Portmagee dopełniały uroku kompozycji. W głębi lądu piętrzyły się kopulaste szczyty górskie, których zbocza tworzyły wielobarwne dywany okryte przemieszczającą się smugą cienia, pochodzącego od przepływających ponad ich wierzchołkami obłokami. Minęliśmy pobielaną kapliczkę z drewnianym krzyżem, którego kształt kładł się podłużnym cieniem na pobliską murawę. Popołudniowe słońce coraz bardziej zbliżało się do spokojnej toni oceanu, kiedy za szybą autokaru zauważyłyśmy rozmieszczone wzdłuż brzegów kamienistej plaży rzędy biało - żółtych domków, których kolor pogłębiały pomarańczowe, jaskrawe promienie światła. Zielono - brunatne trawy, porastające zachodnie zbocza wzniesień południowo - zachodniej części półwyspu, pochylały swoje źdźbła coraz intensywniej, przykrywając tkwiące między nimi, jak rodzynki w cieście, szare kamienie. Odczytałyśmy z ich obserwacji, że znajdujemy się bardzo wysoko, co potwierdzał widok pozostawionego gdzieś w dole, przypominającego już tylko raczej makietę, Waterville. Autokar stanął, wszyscy z ulgą pospiesznie opuścili jego ciasne wnętrze, a na zewnątrz… czekał już na nas chyba najbardziej spektakularny widok z dotychczasowego odcinka Ring of Kerry. Poniżej ocienionej światłem słonecznym półki skalnej lśniła biało - błękitna toń oceanu, opływająca niewielkie, rozproszone, granitowe wysepki, na skarpie kołysały się wielobarwne trawy, gięte pod naporem silnych podmuchów wiatru, a w oddali wyrastały spośród oślepiającego blasku słonecznego góry kolejnego półwyspu… I to wszystko zalane niezwykle intensywnymi promieniami popołudniowego czasu. Wiatr zwiewał uparcie mój kapelusz z głowy, utrudniając mi pozowanie, Agnieszka zaś, ubrana zaledwie w krótki rękawek, ustawiała się z promiennym uśmiechem na twarzy do kolejnych fotografii. Jak się później okazało, Przełęcz Coomakesta (tak się nazywa owe piękne miejsce) była jedynie furtką do tego, co czekało na nas na kolejnym odcinku trasy biegnącej wzdłuż południowej części półwyspu Iveragh. Ruszyłyśmy w dalszą drogę czując, że ten niewielki, wydarty morzu zakątek zostanie już z nami na zawsze. Choćby nie wiem, co jeszcze nas tutaj spotkało.
Gdzieś na nisko zawieszonym brzegu pozostawiliśmy za sobą Derrynane House patrząc, jak na naszych oczach otwiera się brama do świata Irlandii wyjętej jakby ze starych legend, baśni o dzielnych wojownikach i pięknych, walecznych kobietach, Irlandii pulsującej rytmem rozbrzmiewającej od wieków żywiołowej, a jednocześnie melancholijnej, romantycznej muzyki, Irlandii nierozerwalnie związanej z celtyckimi duchami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, wreszcie naszej Irlandii, której obraz jeszcze niedawno pozostawał dla nas tylko kwestią wyobraźni. Południowe brzegi Iveragh co rusz zmieniały swoją postać, tworząc piaszczyste krzywe plaż, grzebienie ostrych kamieni czeszące białe fale Atlantyku, strome klify pokryte bujną, zieloną trawą skubaną cierpliwe przez niewielkie stada krów, które gdzieniegdzie schodziły odważnie po granitowych skarpach, jak gdyby zapominając o jakimkolwiek niebezpieczeństwie. Wielkie z pozoru pustkowie, utkane światłem popołudnia, wiatrem kołyszącym kobiercami roślinnych dywanów, srebrzystymi iskrami wody i ogniem falującej ziemi… Stoimy na około 30 - stominutowym postoju w miejscowości Sneem, słynącej z tego, że każdy jej dom jest podobno pomalowany na inny kolor. Aga zniknęła na chwilę w miejscowym sklepie, z którego powróciła pełna radości. „Zobacz, jakie zdjęcie zrobiłam…” pokazuje mi lekko zamgloną fotografię rudej, może z czteroletniej dziewczynki umazanej rozpływającym się w jej rączkach lodem. „…śliczna, prawda?” Owszem śliczna... Zawieszona na wysokiej skarpie szosa kluczyła ponownie pośród najbardziej okazałych wysokością szczytów, przypominając nieprzystępne pustkowie mieniące się barwami ochry, brązu i szmaragdu. W dolinach płynęły spokojnie rozłożyste cienie obłoków, przykrywając miarowo kolejne z kolorowych pól porośniętych górskimi ziołami i mchem. Gdzieś pośród tego osobliwego morza ciszy pojawił się niewielki domek, wyglądający trochę jak obcy obiekt na bezludnej pustyni wrzosowisk. Czas powoli zamknąć magiczny pierścień Kerry, który już całkowicie zawładnął naszą wyobraźnią tamtego dnia. Opuszczając Sneem, zjechaliśmy z obwodnicy (która docelowo prowadzi do miasta Kenmare), kierując się na śródlądową drogę wiodącą do Killarney National Park. Z wysokiej przełęczy rozpościerała się przed nami piękna panorama jezior okolic Killarney, z których szczególnie wyróżniała się szafirowa toń jezior Upper Lake oraz Lower Lake, rozciągających się u podnóża stromo opadających ku ich brzegom gór. Na horyzoncie połyskiwały lekko zamglone dachy miasta, w którym rozpoczęła się nasza dzisiejsza przygoda. Słońce od zachodu raziło nas w oczy, utrudniając zrobienie uśmiechniętych zdjęć na tle tych cudowności. W końcu przyszedł czas powrotu do autokaru, który wkrótce powoli zjeżdżał wśród gęstniejących ścian wykręconych drzew, w dolinę.
Przejeżdżając przez „zaczarowany las”, wypatrywałyśmy pośród wijących się gałęzi przebłysków powierzchni jezior, które tym razem widoczne już były z dolnej perspektywy. Co jakiś czas na naszej drodze pojawiał się wzburzony potok, ruiny domów czy wyrastające z podłoża kamienie oplecione pędami roślin. Po prostu park osobliwości… ...drugie - z moją „zieloną” postacią przy samochodzie wymalowanym w żółto - zielone barwy hrabstwa Kerry… O dziwo, nie wiem, jak to się stało, ale mamy z Killarney tylko dwa zdjęcia zrobione na ulicach miasta: jedno przedstawiające zestaw drogowskazów,... Kiedy przekroczyłyśmy drzwi pubu, we wnętrzu dopiero gromadzili się ludzie, z kominka dochodziło przyjemne ciepło, a muzycy dopiero przygotowywali się do występu (nie było jeszcze 21:00). Zza niewielkiego sto...lika przy oknie ktoś wołał do nas radośnie „Hello!”, machając jednocześnie na powitanie ręką i wskazując na znajdujące się tuż obok wolne miejsca. „Dziadziuś” Dan! Jak miło… Poczułyśmy, że ten wieczór NA PEWNO będzie wyjątkowy. (...)
Przybyliśmy do sławetnego Blarney, krainy cudów i niezwykłych kamieni. Wszak, jak już wspominałam, Irlandczycy z każdego kamienia zrobią atrakcję turystyczną… Ale o tym, że to naprawdę nie jest taki zwykły kawałek skały, miałyśmy przekonać się już za chwilę. (...) Drogowskaz z napisem „DROGA DO ZAMKU BLARNEY” skierował nas na lewo, w uliczkę rozciągającą się dookoła placu służącego... za parking. Kiedy stanęłyśmy pod masywną bryłą zabytku, towarzyszący jej cień ostudził na chwilę rosnące w nas emocje. My tymczasem dotarłyśmy już do ostatniego poziomu w twierdzy, dostrzegając przy okazji docelowy punkt naszego postoju. W środku teren zapadał się w wielką dziurę przechodzącą co najmniej przez dwa dawne piętra budowli. Gdzieś mniej więcej pośrodku południowej części wieży uszczęśliwieni ludzie kładli się na plecach, wyginali górną połowę ciała do tyłu, chwytając się dwóch metalowych drągów przechodzących pionowo wzdłuż ściany, po czym ich głowy i tułowia znikały na moment, by po chwili powrócić z zaróżowionymi, roześmianymi policzkami do pionu...
...Z jeden strony przytrzymywał ich starszy pan, siedzący nieopodal dziury, z drugiej zaś strony młody chłopak błyskał wielką lampą flesza, uwieczniając „jedyną w swoim rodzaju chwilę” na zdjęciu (później okazało się, ile kosztuje ta fotograficzna przyjemność…). To się nazywa robić interes… A mówią, że tylko Polak potrafi. Wszyscy „obdarowywani” przy tym byli tak szczęśliwi, jak gdyby wykonywali właśnie jedną z najwspanialszych rzeczy w swoim życiu. No proszę, ile radości może dostarczyć kawałek zawieszonej nad przepaścią skały… Zostało nam jeszcze trochę czasu do odjazdu autobusu powrotnego do Cork, postanowiłyśmy więc sprawdzić wreszcie, co też kryje się za tajemniczą dróżką prowadzącą przez niski tunel oraz dźwięczną nazwą tejże ścieżki: „ROCK CLOSE”. A po drugiej stronie (...) znalazłyśmy się wśród niesamowitych drzew, które sprawiały wrażenie, jak gdyby ktoś je zaplótł w wymyślne warkocze z korzeni, chcąc wydobyć na światło dzienne każde ich naczynie, każdą warstwę gałęzi, które wychylały się ku nam, tworząc węzły zdające się wciągnąć nas za chwilę w plątaninę pędów. Wstępując w skalny labirynt, minęłyśmy dość pokaźny dolmen (Pstrryk!), sprawdzając przy okazji wagę górnego głazu (phi, lekki jak piórko…), a za kolejnym zakrętem ukazały się naszym oczom pewne kamienne schody... Zastanawiało nas jednak, skąd w jednym miejscu takie skupisko osobliwości. Czy to tylko wytwór człowieka na potrzeby turystyki czy prawdziwe relikty przeszłości? Niestety, prawdopodobnie pierwsza odpowiedź jest prawidłowa. Ale wyszłyśmy stamtąd zaczarowane. Może nawet bardziej, niż po zetknięciu z „cudownym” kamieniem… Po jednej stronie widzimy rzędy różnobarwnych, niewysokich kamieniczek, rozciągających się na wysokiej skarpie równoległymi szeregami wzdłuż brzegów rzeki Lee. Po drugiej stronie rozłożył się budynek wspomnianego już dworca oraz zbudowany z brązowej cegły, niezbyt interesujący wizualnie kompleks usługowy. W oddali dostrzegamy zbocza otaczających Cork wzgórz, gęsto usiane biało - brązowymi osiedlami. W korycie rzeki przepływają kolejno osady wioślarskie, a z wody unosi się znajomy, nieprzyjemny zapach… Tak, naprawdę witał nas CORK!! Było po godzinie 10:00 rano, kiedy autokar wysadził nas na miejscowym dworcu głównym, pozostawiając wolną drogę do zagłębienia się w charakter miasta, które w porównaniu do Dublina, określane jest jako „prawdziwie irlandzka stolica”, położona w niepowtarzalnej, zachodniej części wyspy, przesiąknięta jej wiatrem, jej mentalnością, jej sposobem życia i jej kulturą.
Zbliżało się późne popołudnie, kiedy najedzone podwójnymi wizytami w McDonalds’ie, dreptałyśmy w tę i z powrotem po gwarnych uliczkach Cork. Zewsząd mamiły nasze oczy wielobarwne witryny przeróżnych punktów usługowych, uświadamiając nam, że to co w Dublinie kreuje się w dzielnicy Temple Bar i podaje jako atrakcję turystyczną stolicy kraju, tutaj po prostu jest normą. Spacer po tętniącym życiem Cork powoli wciągał nas w wesołą karuzelę miasta, ale jednocześnie zaczynał męczyć. Wszak od 7:00 rano, z niewielkimi przerwami, wciąż gdzieś chodziłyśmy. Uff… Uśmiechnęłyśmy się z Agą do siebie. Tak, to naprawdę niezwykłe, że na sam koniec naszej wyprawy Zielona Wyspa podarowała nam odarty z komercji i „turystycznej atrakcyjności”, wydarty z wieloepokowej tradycji codzienności fragment prawdziwego irlandzkiego życia i sympatię po prostu zwykłych irlandzkich ludzi…

najbliższe galerie:

 
Irlandia - Carrauntoohil
1pix użytkownik herika odległość 5 km 1pix
Ring of Kerry
1pix użytkownik kszyniu odległość 13 km 1pix
Killarney National Park- Irlandia
1pix użytkownik kobalto odległość 13 km 1pix
ÉIRE-moja wyspa XVIII.
1pix użytkownik irolek odległość 14 km 1pix
The Ring of Kerry
1pix użytkownik czesteroo odległość 16 km 1pix
ÉIRE-moja wyspa II
1pix użytkownik irolek odległość 17 km 1pix

komentarze do galerii (9):

 
irena2005n użytkownik irena2005n(wpisów:2941) dodano 08.06.2014 07:41

Pięknie tam....zieleń i pustkowia ...to chyba podoba mi się najbardziej...pozdrawiam....

inka_malinka użytkownik inka_malinka(wpisów:23) dodano 03.11.2013 12:52

Piękne zdjęcia, co tylko upewniło mnie, że muszę tam pojechać :) pozdrawiam

tereza użytkownik tereza(wpisów:3846) dodano 05.01.2013 23:04

Wspaniała przygoda.Gratuluję i pozdrawiam:)

paweller75 użytkownik paweller75(wpisów:7218) dodano 03.01.2013 23:55


Takie widoki jak na fotkach 18, 19, 20 mogę oglądać całymi dniami, dla mnie rewelka, cudna ta wyspa:)
Pozdrawiam.

gimper użytkownik gimper(wpisów:681) dodano 03.01.2013 22:12

Skoro jesteśmy przy patronach i imiennikach to na moją cześć nazwano kilka miast a kościołów i cerkwi jest całkiem sporo

heidi użytkownik heidi(wpisów:149) dodano 03.01.2013 21:16

gimper - miło wiedzieć, że podoba Ci się moja galeria :). A co do wielkości zdjęć, na ich wielkość wpłynął po prostu rozmiar komentarza... ;)
halszko - dziękuję, rzeczywiście wyprawa do Irlandii była przygodą (trudno zawrzeć wszystko w dwóch galeriach ;)).
patryku - musisz koniecznie nadrobić zaległości ;)!! Lecz gdybym miała wybrać się śladami mojej patronki, musiałabym zajechać aż do Syrii...
Dziękuję wszystkim za wizytę i pozdrawiam serdecznie :D!!

patryk80 użytkownik patryk80(wpisów:4763) dodano 03.01.2013 20:55

Dzięki za wirtualną wycieczkę. Oglądam obrazki z Irlandii i nastrajam się przed planowanym wyjazdem... W końcu wypadałoby odwiedzić Wyspę, której patronuje św. Patryk - mój imiennik ;)

halszka użytkownik halszka(wpisów:2671) dodano 03.01.2013 20:41

Ciekawa wyprawa do Irlandii:) Gratuluję wspaniałej przygody:) Krajobrazy piękne!:))

gimper użytkownik gimper(wpisów:681) dodano 03.01.2013 15:03

Bardzo ładnie pokazujesz te miejsca , lubię takie klimaty bardzo zachęcają do odwiedzin mam tylko zastrzeżenia do wielkości( małości) fotek

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować. Jeśli nie jesteś członkiem społeczności, przyłącz się!