m s my mo ms
version_button
| rejestracja | przypomnienie hasła en pl
login: hasło:

zdjęcia w galerii (35):

 
Swoją podróż po Armenii zaczęliśmy od tzw. dalekiego południa kraju. Po wylądowaniu w Erywaniu niezwłocznie udaliśmy się marszrutką w 500 kilometrową trasę do Meghri, leżącego tuż przy granicy z Iranem. To niezwykle suche miejsce, ale samo miasteczko jest zaskakująco zielone. Akurat trafiliśmy na czas, gdy na drzewach obrodziły granaty i figi. Jeżeli chodzi o te ostatnie, to na pierwsze noclegi trafiliśmy na ich przetwórce. Przetwarzał je na doskonały 60-procentowy preparat, którym raczyliśmy się wieczorami. Gdy wędruje się po dalekim południu Armenii czyli prowincji Sjunik nie można pominąć okolic monasteru Tatew. Ufundowany w IX wieku jest jednym z najbardziej malowniczo położonych monasterów w Armenii, co m.in. służyło funkcjom obronnym. Nocleg rozbijamy niedaleko wsi Halidzor usadowionej nad przepięknym wąwozem rzeki Worotan. Tu po raz pierwszy mamy możliwość podziwiać rozgwieżdżone armeńskie niebo z usadowioną nad naszymi głowami Drogą Mleczną. Widok ten musi hipnotyzować każdego mieszczucha. A zawodzenie gdzieś w oddali szakali potęguje jeszcze poczucie jakiejś zupełnej nierealności.
Do monasteru postanowiliśmy się dostać mającą swój początek w Halidzor najdłuższą kolejką linową świata (oficjalny rekord w Księdze Guinessa) liczącą sobie 5,7 km. Co prawda mam nieco oporów przed jazdą tego typu kolejkami, ale jakoś zaradziłem temu i warto było. Widoki obłędne, a i emocje też były. W drodze powrotnej można zarzyć kąpieli w ciepłych źródłach w pobliżu miejsca zwanego Diabelskim Mostem. Niestety akurat w tym miejscu jest dosyć tłoczno. Z Tatewa jedziemy do Goris, które jest dobrą bazą wypadową, jeżeli ktoś zamierza pojechać do Górskiego Karabachu. Okolice Goris przypominają turecką Kapadocję. Szczególnie interesująca jest wieś Chyndzoresk, gdzie w wykutych w skałach mieszkalnych pieczarach jeszcze na początku XX wieku żyło 18 tys. ludzi. Do dnia dzisiejszego pieczary wykorzystywane są w celach gospodarskich. Niedawno zbudowano tam most wiszący, po którego przejściu trafiamy do niewielkiego lokaliku z mini muzeum, którego właściciel urodził się tam w latach pięćdziesiątych.
Następnie Górski Karabach. Wyprawiając się tam istniała spora niepewność. Jest to państewko nieuznawane przez nikogo. Terytorium zamieszkiwane przez Ormian w czasach sowieckich zostało przekazane Azerbejdżanowi. Pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy ZSRR chwiał się w posadach wybuchły zamieszki, które przerodziły się w krwawą wojnę. Zwycięsko z niej wyszli Ormianie, którzy nie tylko oswobodzili się z rąk Azerów, ale zdobyli także wąski pas ziemi oddzielający Karabach od Armenii. Obecnie trwa tam kruchy rozejm co jakiś czas przerywany zbrojnymi incydentami. W kwietniu tego roku doszło do najkrwawszych walk od czasu przerwania wojny w latach 90-tych. Była to tzw. wojna czterodniowa zakończona po mediacji rosyjskiego ministra spraw zagranicznych. By legalnie wjechać do Karabachu trzeba zakupić wizę w MSZ w Stiepanakercie. Należy pamiętać, że otrzymując tą wizę zamyka się możliwość wjazdu do Azerbejdżanu, który uznaje to za nielegalne przekroczenie swojej granicy. No cóż, to jedno państwo mam już z głowy, ale ja tam wolę zagościć wśród bliskich nam kulturowo chrześcijan. Na zdjęciu symbol Karabachu monument Jesteśmy naszymi górami zwany dziadkiem i babcią. W Stiepanakercie bez trudu znaleźliśmy niedrogi hostel, którego prowadzi Aszot. Lubi urządzić grilla z szaszłykami. Należy tylko udać się do rzeźnika po mięso, o napitki zadba już sam gospodarz. Samo miasto bez fajerwerków, choć z pewnością wrażenie zepsuła mglista pogoda. Widoki na pobliskie szczyty pewnie wiele by zmieniły. Natomiast w odległości ok. 10 km od Stiepanakertu znajduje się bajkowy wąwóz Hunot z urzekającymi wodospadami Zontiki (parasolki). Soczysta zieleń, rzeczka, wodospady na tle surowych skalistych ścian robią fantastyczne wrażenie. W wąwozie pozostały jeszcze ruiny po osadzie Hunot. Aż, strach pomyśleć, co ci ludzie czuli, gdy w czasach sowieckich przesiedlano ich z tego Edenu do jakiegoś komunistycznego blokowiska.
Po tych pięknych estetycznych doznaniach wspinamy się do pobliskiego miasteczka Sushi. To jak podróż z raju do piekła. Upiorne wrażenie, które sprawia to w dużej części jeszcze zrujnowane miasteczko wzmaga jeszcze zalegająca nad nim gęsta mgła. To pozostałość po szturmie Ormian, który był przełomowym momentem w wojnie karabaskiej. Zdobycie Sushi odblokowało Stiepanakert, który stąd właśnie był ostrzeliwany przez Azerów. Ruszamy dalej na północ, jedyną możliwością przemieszczania się jest autostop. Transport publiczny praktycznie nie istnieje. Udaje się, dojeżdżamy do Dadivank. Jest to jedno z tych miejsc, które kojarzą się z końcem świata. Dadivank znane jest z pięknego monastyru w którym zachowały się malowidła naścienne. U jego podnóża znajduje wioska wciśnięta w zagubionym kanionie. Klimat nieco klaustrofobiczny. Nocleg znaleźliśmy u cioci Sofii. W nocy słychać było jakieś strzały. Prawdopodobnie ktoś chciał odstraszyć dzikie zwierzęta, ale człowiek wtedy zdaje sobie sprawę, jak jest bezbronny, gdyby coś się stało w tej głuszy, to słuch by o nim zaginął i tyle. Wydostanie się z Dadivank nie było łatwe. Kilkukilometrowe odcinki pokonywane autostopem. Następnie kilkukilometrowy marsz w upale z nadzieją na znalezienie jakiejś większej okazji. Na drodze praktycznie same ciężarówki wojskowe, czuć zagrożenie wojną. Jesteśmy w strefie granicznej a w zasadzie w strefie uśpionego frontu. Znajdując w końcu okazję widzimy z samochodu ormiańskie stanowiska ogniowe.  A okazją tą był Haszik, kierowca kamaza przewożącego kilkanaście ton cementu. Gładko zapakowaliśmy się do szoferki i się zaczęło. Każdy, kto był na Kaukazie wie, że kierowcy mają tam fantazje. Ale przejazd kilkanastotonowym kamazem górskimi serpentynami jest wyjątkowym przeżyciem. Wielka ciężarówka na każdym zakręcie musi wziąć naprawdę szeroki łuk. Siedząc w kabinie ma się wrażenie, że auto pędzi prosto w przepaść. A nasz szofer widząc niepewne miny co poniektórych puszczał kierownicę i wesoło wymachiwał rękoma wydając przy tym dzikie dźwięki. Bardzo polubiliśmy Haszika :)
Wróciliśmy do Armenii właściwej. Obowiązkowym punktem każdej wyprawy do tego kraju jest piękne jezioro Sewan, położone na wys. 1899 m.n.p.m. Obozowisko rozbijamy w Tsovazard na opustoszałym terenie po niedokończonej budowie hotelu. Wieczorem organizujemy ognisko, ale z powodu małej ilości drewna zanosi się na porażkę. Ale wtedy sprawdzamy stary afrykański sposób znany z programów podróżniczych czyli krowie placki. Opał sprawdza się znakomicie. Nad naszymi głowami Droga Mleczna, z dala nad górami rozbłyski ciągnącej gdzieś daleko burzy a pod nogami ognisko z krowich placków. Cudowna noc. Nad Sewanem warto skosztować kebab z raków. Naprawdę pyszny. Na zdjęciu połów raków o świcie. Sewanvank. Jedno z najbardziej znanych armeńskich miejsc. Zbudowany na sewańskiej wyspie monastyr. Obecnie z powodu ciągłego opadania poziomu jeziora znajduje się na półwyspie. W Biurakanie noclegi mieliśmy w hotelu należącym do obserwatorium astrofizycznym. Teleskopy z pewnością lata świetności mają już za sobą, jednak zerknięcie na Saturn czy powierzchnię księżyca było sporym przeżyciem. Dzięki uczestnikowi wyprawy, znakomitemu druhowi Przemysławowi Rudziowi, który pisze pracę na temat tegoż miejsca dowiedzieliśmy się, że w latach 80-tych, gdy Amerykanie pracowali nad programem gwiezdnych wojen, w Biurakanie planowano stworzyć stację do niszczenia amerykańskich satelitów. Miała mieć ogromną moc, podczas ataku prądu pozbawiany byłby cały Erywań. Ale nastała pierestrojka, Gorbaczow porozumiał się z Reaganem i plany tej fantastycznej zabawy szlag trafił. Z Biurakanu zrobiliśmy wypad na oddalony o ok. 30 km Aragac, wygasły wulkan, który jest jednocześnie najwyższą górą Armenii. Najwyższy z jego czterech szczytów osiąga 4090 m.n.p.m. Widok z wędrującymi w kraterze chmurami niesamowity. Stojąc i podziwiając go z otwartą paszczą można było zapomnieć nawet o przenikliwym zimnie. W ciągu trzech godzin przenieśliśmy się z tropikalnego upału do zimy z temperaturą poniżej zera.
Jednym z symboli Armenii są chaczkary, kamienne płyty wotywne, których początki datuje się na IV w.n.e., czyli zaczęły powstawać od wprowadzenia chrześcijaństwa na tych ziemiach. Spotkać je można praktycznie wszędzie, każdy jest inny i jest ich ponoć ponad 100 tys. Obecnie najbogatszą ich kolekcje można obejrzeć we wsi Noratus nad Sewanem. Wcześniej jeszcze większe ich zgrupowanie nazywane Jugha było na terenie azerskiej enklawy Nachiczewan, ale w latach 1998-2005 miało być przez nich doszczętnie zniszczone. Erywań zrobił na nas bardzo dobre wrażenie. W prawdziwe miasto zaczął się przeradzać dopiero w latach 20-tych XX wieku, czyli za czasów sowieckich. Dlatego nie oczekiwaliśmy wiele i tu nastąpiło miłe rozczarowanie. W centrum wiele budynków wzniesiono z różowo-czerwonego wulkanicznego tufu. A widok na miasto z Araratem w tle niesamowity, szczególnie o zachodzie słońca. Na pewno warto wybrać się do Narodowego Muzeum Historii Armenii. Eksponaty poczynając od czasów prehistorycznych poprzez starożytne królestwo Urartu aż do początków XX wieku robią ogromne wrażenie. Ostrzec tu należy szczególnie archeologów, by dobrze się zastanowili, czy chcą tam iść. Mogą zwariować ;). Dla miłośników dobrego piwa też coś się znajdzie, ja polecam lokal Academy Beer z 4 rodzajami piw własnej produkcji i przemiłą obsługą. Mało znana i niedoceniana w Polsce Armenia zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie. Kraj ogromnie doświadczony z wieloma paradoksami, do których niewątpliwie należy Ararat. Symbol Armenii górujący nad Erywaniem leży na terytorium Turcji, z którą Armenia nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych. Jest to pokłosiem ludobójstwa, którego w 1915 roku na Ormianach dokonali Turcy, a do którego się nie przyznają. Z wizerunkiem Araratu mamy do czynienia na każdym kroku, począwszy od pieczątki wbijanej do paszportu na lotnisku, na słynnym koniaku kończąc ( niestety obecnie w rękach Francuzów, co część społeczeństwa uznała za zdradę). Zdecydowanie nie polecam publikacji Armenia karawany śmierci, bardzo jednostronnej książki, z której czytelnik wynosi przekonanie, że przeniósł się do koszmarnego łez padołu, gdzie nie ma miejsca na żadne pozytywne wrażenia. Autorzy sugerują, że Ormianie wybrali przaśny wschód kosztem oświeconego zachodu. Najwyraźniej mają blade pojęcie o geopolityce. Armenia ma katastrofalne położenie, wciśnięta między wrogą Turcję a jeszcze bardziej wrogi bogaty w ropę Azerbejdżan bez rosyjskiej protekcji nie miała by szans na przeżycie. Liczenie na sojuszników zachodnich byłoby samobójstwem. Ot i wybór. Serdecznie dziękuję za poświęcenie czasu na obejrzenie tej galerii i zachęcam do odwiedzenia tego kraju. Naprawdę warto :)

najbliższe galerie:

 
Erewań
1pix użytkownik kozipiastuff odległość 18 km 1pix
ARMENIA - Aragac.
1pix użytkownik irolek odległość 23 km 1pix
ARMENIA - Hawuc Tar & wawoz rzeki Azat.
1pix użytkownik irolek odległość 31 km 1pix
ARMENIA- Erywan i okolice.
1pix użytkownik irolek odległość 32 km 1pix
Gulanie po Erywanie
1pix użytkownik doracz odległość 34 km 1pix
cień Araratu
1pix użytkownik ika odległość 35 km 1pix

komentarze do galerii (13):

 
voyager747 użytkownik voyager747(wpisów:4620) dodano 11.08.2017 14:57

niezła wyprawa

marcin1980 użytkownik marcin1980(wpisów:1967) dodano 09.10.2016 09:37

Bardzo fajny wypad.

jezier użytkownik jezier(wpisów:40) dodano 05.10.2016 20:28

Muszę tu się przyznać, że o armeńskich granatach nie napisałem jednej bardzo ważnej rzeczy. Tą rzeczą jest armeńskie wino z granatów. W smaku po prostu bombowe ;)
Pozdrawiam :)

charlie użytkownik charlie(wpisów:2131) dodano 05.10.2016 10:59

Nigdy nie pomyślałabym o Armenii jako o ciekawym miejscu, ale to co zobaczyłam u Ciebie, całkowicie mnie zahipnotyzowało :-)
Piękne miejsce.
A tymi granatami to już mnie całkowicie rozbroiłeś :-) Kocham granaty i mogłabym je jeść w nieskończoność. A jak piszesz że trafiliście ze swoim pobytem w czas kiedy granaty akurat obrodziły... Mmmm... słodkości :-)
Pozdr.

jezier użytkownik jezier(wpisów:40) dodano 03.10.2016 20:43

Ooo faktycznie poobcinało mi tekst. Ale sens na szczęście jest uchwytny. W każdym razie bardzo dziękuję za zerknięcie na tę galerię. Naprawdę z czystym sumieniem zachęcam do odwiedzenia tego pięknego kraju. Nie ma czego się obawiać. Oczywiście sytuacja w tym rejonie zawsze może się zmienić, ale w tej chwili jest ok :) Pozdrawiam :)

lucy56 użytkownik lucy56(wpisów:2829) dodano 03.10.2016 18:03

Fajnie i ciekawie, tez bym tak chciała.Pozdrawiam.

pipol użytkownik pipol(wpisów:8870) dodano 03.10.2016 15:53

:)))

vivi użytkownik vivi(wpisów:487) dodano 03.10.2016 14:25

Foto 33 to wg. mnie ferrari spider w wersji pickup
zniekształcony przez panoramę

pipol użytkownik pipol(wpisów:8870) dodano 03.10.2016 14:16

A ja się ciągle zastanawiam co to za marka tego czerwonego auta na foto 33 :)

nola76 użytkownik nola76(wpisów:6686) dodano 03.10.2016 12:48

Bardzo ciekawa galeria, no i wyprawa:) Piękne widoki, monastyry, mili ludzie, egzotyka i elementy grozy;)
Pozdrawiam kolegów:)

achernar-51 użytkownik achernar-51(wpisów:5163) dodano 03.10.2016 09:56

Bardzo interesująca relacja. W niektórych podpisach obcięty jest, niestety, koniec tekstu (musi być mniej niż 600 znaków).
Pozdrawiam. :)

anek11 użytkownik anek11(wpisów:2733) dodano 03.10.2016 08:39

Armenia...to jest kraj do którego mnie ciągnie...i mam ciągle liczne obawy, super relacja i wyprawa. Mam nadzieję że jeszcze coś zobaczę u Ciebie z tego kraju

vivi użytkownik vivi(wpisów:487) dodano 02.10.2016 23:21

Bardzo ciekawa wyprawa, a do tego trochę niebezpieczna.

Aby dodawać komentarze musisz się zalogować. Jeśli nie jesteś członkiem społeczności, przyłącz się!